Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z głębi serca.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z głębi serca.... Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 grudnia 2012

wybaczanie, zapomnienie i to co najważniejsze MOJA MIŁOŚĆ

Czy będę potrafiła kiedyś zapomnieć?
Dziś wydaje mi się że będę potrafiła wybaczyć. Potrzebuję tylko czasu.
Ale nie wiem czy będę potrafiła zapomnieć.
Walczę o siebie, bo czuję że bez niego nie jestem już sobą.
Jestem chora. Uzależniona... Ale dziś wydaje mi się, że bez niego nie potrafię żyć.

Ale z "tym" między nami też mi ciężko.
Są chwile kiedy jest dobrze, jak kiedyś... Ale za chwilę "to" powraca.

Chciałabym to wszystko naprawić także dla Potomnego. Chciałabym mu dać to czego ja nigdy nie miałam. Pełną, szczęśliwą rodzinę.
Ale nie wiem co zrobić żeby zapomnieć.


Za dwa dni najważniejszy dla mnie dzień w roku.
To już dwa lata. Dwa najważniejsze, najpiękniejsze, najszczęśliwsze i trochę ciężkie lata.
Jestem wdzięczna Życiu, Bogu i Losowi za mojego Syna.
Nikt mnie nie kochał tak jak on, nikogo ja nie kocham jak jego i nigdy nikt nie dał mi tyle szczęścia co on.
Nie wiem jak można pomieścić tyle miłości.

KOCHAM CIĘ MÓJ SKARBIE!!! JAK NIKOGO NIKT NIGDY!!!

niedziela, 25 listopada 2012

jak można?..

To przerażające jak słowa mogą ranić. Jak można jednym zdaniem prawie zabić.
Najgorsze jest jednak to, że im dalej od chwili wypowiedzenia, tym bardziej boli. Bardziej wbija się w serce, raniąc i zabijając od nowa. 
Miłość była dla mnie zawsze bezgraniczna. Niewątpiąca. Monogamiczna. Ukierunkowana na jeden kurs. 
Dziś wątpię we wszystko. 
Wątpię czy damy radę odbudować to co utraciliśmy a co było dla mnie najważniejsze. 

Czytałam dziś tego bloga i starałam się odnaleźć to uczucie, które kiedyś sterowało moim życiem. Bo dziś dryfuję przez życie próbując pozbierać do kupy to co zostało.


Posypało się jak domino. Wszystko. Naraz.
Jakby los tylko czekał na nadarzającą się okazję żeby dobić mnie z każdej strony.
I kiedy myślałam że gorzej już być nie może, okazało się, że On jest największym tyranem.
Jednym zdaniem zniszczył Mnie.
I obawiam się że bezpowrotnie nas.
Bo ranić mnie może. Ale nie Jego...

Ile trzeba mieć w sobie zła żeby powiedzieć coś takiego?

Zapytał, ja odpowiedziałam.
A z każdą minutą później uświadamiałam sobie siłę tego pytania.
Było jak po dźgnięciu nożem. W pierwszej chwili nie boli. Dopiero gdy szok mija zaczyna się przeszywający ból. A rana wciąż boli. 

Starałam się przez ten tydzień znaleźć powód tego pytania. U niego, u siebie... 
Nie znalazłam. Nie czuję się winna. Nie rozumiem jego argumentów.
Bo nie rozumiem jak można o to pytać. Jak można wątpić. Dlaczego teraz.
Bo ja nie wierzę, że to moje dziecko. 

Jak można nie ufać do tego stopnia. Jak można tak ranić. 
Bez powodu. Bez podstaw. Zabijać.

Jak wybaczyć?

niedziela, 7 października 2012

zmęcznona walką

Bo zawsze miałam swoje przekonania.
Że po pierwsze jest rodzina, o której zawsze marzyłam. Ta której nigdy tak naprawdę w pełni nie miałam. Której namiastkę stworzyć się próbowałam. I w związku z tym pytanie: czy jeszcze nie za wcześnie na poddanie się. Czy może jeszcze warto powalczyć. Czy może któreś z moich rodziców za wcześnie pogrzebało nadzieje...
I po drugie Ja. Bycie wiernym sobie. Ponad wszystko. Ponad wszystkich. Jak długo można się okłamywać.

No i to nowe: On. Potomny. Co dla niego lepsze. Bo przecież on po środku tego wszystkiego.

I walczę co dzień ze swoimi przekonaniami...
Aż dziw bierze, że w 60 kg pomieścić można tyle sprzeczności...

piątek, 31 sierpnia 2012

marzenie

Lubego nie ma już prawie tydzień.
Tęsknie.
Ale zbieram też myśli i słowa, a przede wszystkim odwage na rozmowę. Potrzebujemy przerwać tą ciszę, bez względu na konsekwencje tego.
Musimy coś ustalić, zrobic z naszym życiem.

Mam sporo czasu na myślenie. Od tygodnia to troszkę inna cisza niż zazwyczaj. Powoli znika ze mnie rozgoryczenie, złość a przede wszystkim jestem spokojniejsza. O dziwo.

Myślałam dziś o moim życiu. O tym co osiągnełam, co straciłam, jak się zmieniłam.
Przede wszystkim zmnieniły się moje priorytety.
Jestem mamą.
To dziś dla mnie najważniejsze.
Później jestem kobietą. Ale przede wszystkim szczęśliwą mamą.

Nigdy nie przypuszczałam, że można w sobie pomieścić tyle miłości i czułości.

Dziś uświadomiłam sobie, że najszczęśliwszy rok mojego życia to okres ciąży i urodzenia Potomnego. W jeden rok całe moje życie uległo zmianie. Kiedyś nie przypuszczałam że kiedyś w ogóle zdecyduję się na dziecko, a dziś uważnam że to najlepsze co mnie w życiu spotkało.

Od kilku miesięcy marzę o drugim dziecku.
To mój mały sekret.
Nie chcę aby Potomny był sam. Nie chcę też dużej różnicy wieku.

Tylko, że się boję. To nie jest dla nas dobry okres na tego typu decyzje. Nie chcę ratować związku za pomocą dziecka.

Muszę poukładać swoje życie.
Dla Młodego i dla Siebie przede wszystkim.

środa, 29 sierpnia 2012

150 kilometrów ciszy

Od wczoraj:
Wyjechał na tydzień delegacji.
Kolejny tydzień ciszy. Tylko 150 kilometrów dzielące nas. 150 kilometrów ciszy.
Mam nadzieję, że ta rozłąka nam pomoże.
Podjąć się działania. Jakiegokolwiek.
Uświadomi czego chcemy i co jest dla nas najważniejsze.
Może przypomni nam tęsknotę za Nami.
Może uświadomi, że nie ma już Nas. Że jesteśmy Ja i Ty.

Staram się w ciszy sama ze sobą pozbierać myśli. Odnaleść siebie. Odnaleść odpowiedź. Odnaleść Nas?

Kiedyś nie potrafiłam przeżyć dnia bez niego. Bez nas.
Nie potrafiłam odnaleść siebie bez niego. Był moim powietrzem. Był moim przetrwaniem.
Kiedyś napisałam:


Sama z NAMI


Tęskniłam za Tobą jeszcze zanim wyjechałeś. 

Próbowałam zaplanować co będę robić 'sama'.

A teraz...

Robię herbatę dla nas dwojga uświadamiająć sobie, że będę musiała wypić dwie.
Sprawdzam program w telewizji czy film który chcę obejrzeć nie leci przypadkiem w tym samym czasie co twój teleturniej. 
Mówię na głos swoje myśli i słyszęj jak trafiają głucho w ciszę. 
Przez moment nawet pomyślałam że się pogniewałeś i masz "ciche chwile" do mnie.

A ty wyjechałeś na dwa dni.

Wróć proszę szybko...
Bo bardzo mnie męczy bycie samej 'z nami'.



Wróć proszę szybko. Wróć z Nami...

Dziś:
Wysłałam mu wieczorem sms:
Kochamy Cię i tęsknimy.

Bo tęsknię za Nami. Mimo wszystko. Strasznie tęsknie...





Ps. Właśnie do mnie dotarło że on nawet nie wie że piszę wiersze. Czego ja nie wiem o nim?

środa, 15 sierpnia 2012

cicho

Jest cisza.
Ogłuszająca wprost.
Przez osiem lat znajomości, siedem lat uczucia, sześć lat związku, po raz pierwszy odwiedziła nas cisza.
Jest proszę, dziękuję, jak w pracy, co Mały, ale nic więcej... Niby są słowa, ale w uszach brzęczy dokuczając cisza.
I nie wiem co bardziej boli: słowa wyrzucane jak uderzenia w trakcie kłótni, czy ta dusząca nas cisza.

Chyba właśnie ta cisza. Bo jest bardziej sprytna. Zabija równie boleśnie, ale powoli. Z większym okrucieństwem.
Słowa uderzają niespodziewanie, z różnym nasileniem.
Cisza zabija świadomością tego co się właśnie dzieje.









A ja nie chcę mimo wszystko aby to umarło. Wbrew sobie, co zakrawa o masochizm...


Jak przerwać ciszę?..

wtorek, 14 sierpnia 2012

więc?..

Boli. 
Boli zderzenie z rzeczywistością. Spadłam z wysoka i nabiłam sobie siniaków. I sama sobie to zafundowałam, 
Czy zabrakło mi wiary czy może do teraz żyłam w swojej chorej wyobraźni?


Jest źle. 
Brak mi już sił. Kończy się mój zapas cierpliwości. Walczę, ale czuję, że to jak przelewanie wody widelcem. I co najgorsze: w tym wszystkim tracę siebie. 

A może już dawno siebie straciłam... 
Wierząc... 
Oddając po raz pierwszy siebie całkowicie...
Może to był błąd. Że za dużo. Że wszystko. 

I stoję. 
Zawieszona.
Między Nami a Mną. 
Czyli między Potomnym z nami a Potomnym ze mną. 

Staram się obronić Syna przed życiem jakie ja miałam ale decydując się na Nas, powoli teracę Siebie. 

Jak to się stało? Jak do cholery mogliśmy do tego dopuścic? Gdzie popełniliśmy błąd? 

Są słowa. Dużo słów. 
Jest też cisza. Ogłuszająca. 

I świadomość.
Że nie potrafię żyć bez nas, ale nie potrafię tez z nami...

wtorek, 27 marca 2012

kobieta czy matka

Ciąża i macierzyństwo zmieniło całe moje życie. Z chwilą pojawienia się stanu błogosławionego w moim świecie, przemianie ulegać zaczęła nie tylko moja figura ale i mój umysł. Zmieniły się priorytety, sposób postrzegania świata. 
Mimo iż ciąża "trochę" mnie zaskoczyła przyjęłam ją z radością i nie mogłam się doczekać kiedy zobaczę moje maleństwo. 
Po porodzie pojawiły się pierwsze problemy. Świat nie był tak kolorowy jak opisują to na portalach dla kobiet w ciąży i kolorowych magazynach. Pojawiły się choroby, problemy z karmieniem, zmęczenie. Ale mimo to urodzenie Potomnego stało się najpiękniejszą rzeczą w moim życiu. (On sam zresztą też jest najpiękniejszy :D )
Z czasem jednak zauważyłam też, że bardziej niż kobietą stałam się mamą. Zaczęłam myśleć jak mama. Zaczęłam zachowywać się jak mama. Zaczęłam wyglądać jak mama. 
Jak myślenie czy zachowanie nie przeszkadzało mi wcale, tak wygląd mamuśki zaczął mi dokuczać. Zauważyłam, że między zmianą pieluch a podgrzewaniem mleka nie interesował mnie wcale mój wygląd. Ciążowe, luźne ciuchy były po prostu wygodne. Zwłaszcza ze względu na dodatkowe kilogramy uzbierane w czasie błogosławionych dziewięciu miesięcy. 
Pewnego dnia patrząc w lustro nie poznałam siebie sprzed ciąży. Była tylko mama z zarzyganą bluzką.
Przeszłam na dietę, zaczęłam dbać o siebie i swój wygląd. I powróciła radość. Okazało się, że można znaleźć czas na makijaż a dopasowana, krótka spódnica nie przeszkadza w zmianie pieluchy. A satysfakcję przynosi nie tylko pochwała od kobiet, że ma się śliczne, kochane dziecko, ale i pełne podziwu spojrzenia obcych mężczyzn.
Bo przecież matka to też kobieta. Jedno drugiego nie wyklucza, a nawet jedno umożliwia drugie. :) Można kochać swoje dziecko i jednocześnie czuć się dobrze w swojej skórze. 
Urodzenie dziecka ma dopełniać naszą kobiecość, czyż nie?

Kiedyś przeczytałam, że szczęśliwe dziecko to szczęśliwa mama. A co jeśli mama nie jest szczęśliwa siedząc w domu? 
Po urodzeniu Potomnego wróciłam do pracy. Ponieważ biuro miałam w tym samym budynku co mieszkanie nie było to problemem. Zabierałam Małego w nosidełku do gabinetu i razem bujaliśmy się w swoich fotelach. On z ulubioną zabawką, ja z komputerem i papierami. Wszystko działało super przez siedem miesięcy, czyli do czasu aż Potomny stwierdził, że świat z perspektywy pozycji pionowej jest ciekawszy niż z pozycji poziomej. W chwili gdy postawił swój pierwszy krok skończyła się sielanka. Po pierwszych 10-20-stu krokach postanowił nie chodzić ale biegać. Oznaczało to problem z pogodzeniem pracy z towarzyszeniem mu w jego maratonach. 
Męczyliśmy się parę tygodni. Potem zrezygnowałam z pełnoetatowej pracy i postanowiłam używać sobie macierzyństwa. 
Niestety raczej nie jestem stworzona do bycia kurą domową. Szlag mnie trafiał w tym domu. 
Kocham swojego syna nad wszystko. Uwielbiam się z nim bawić, rozmawiać (jeśli dialogiem można nazwać odpowiedzi mama gugu lala), czytać książki, budować kolejny dom z klocków realizując tymże kolejny projekt z naszej rodzinnej firmy budowlanej... Ale wciąż brakowało mi pracy.
Przed paroma tygodniami podjęliśmy z Lubym decyzję o posłaniu Małego do żłobka. Znaleźliśmy w Czechach prywatną placówkę i postanowiliśmy spróbować. 
Zaprowadziliśmy MałegoCzłowieka do "małego  przedszkola", oddaliśmy w ręce pań Cioć i czekaliśmy w szatni na odgłosy krzyku i płaczu. Była tylko cisza. Z drżącymi sercami i dłońmi podeszliśmy do szyby oddzielającej nas od pomieszczenia, gdzie dzieci się bawią i zobaczyliśmy naszego diabełka w swoim żywiole. On po prostu wszedł tam jak do siebie i od razu się zaaklimatyzował. Bardziej ja przeżyłam nasze rozstanie niż on. Po południu się rozpłakał. Ale dlatego, że nie chciał do domu. 
Mały jest szczęśliwy, ja również, bo w końcu mogłam wrócić do pracy i mam trochę czasu tylko dla siebie.
Nie należę chyba do kobiet, którym do satysfakcji wystarczy prawidłowy rozwój dziecka.
Nasza decyzja stała się za to tematem debat. Czy posyłanie dziecka do żłobka jest właściwą decyzją...
Bo przecież co za matka woli pracować niż wychowywać swoje dziecko... Przecież nie na tym polega macierzyństwo... Bo przecież tyle tracę... Przecież stać nas na to bym siedziała w domu, nie brakuje nam pieniędzy...
Mam za sobą ciężkie dylematy. Mały jest szczęśliwy, szybko uczy się od innych dzieci nie tylko czeskiego języka ale i zabaw, zachowań. Już nie boi się siadać na nocniku, chętnie podaje zabawki, nie grymasi przy jedzeniu. A ja znów osiągam swoje małe zawodowe sukcesy przez co rano i po południu wciąż witam go z uśmiechem. W weekendy staram się mu wynagrodzić rozłąkę i z chęcią spędzam z nim aktywnie te dwa dni.
Opieka w żłobku jest rewelacyjna. Nowe Ciocie kochane. Mały uśmiechnięty. Mama zadowolona. 
Tylko co niektórzy do dziś nie akceptują mojej decyzji. Nie rozumieją, że rodzina jest dla mnie najważniejsza, ale do pełni szczęścia potrzebuję jeszcze odrobiny samorealizacji zawodowej. 
Na szczęści Luby mnie wspiera w tej decyzji. I czasem gdy pojawiają się wyrzuty sumienie podnosi mnie na duchu.
Dziś nie żałuję tej decyzji. Co będzie później? Się okaże...
Pozdrawiam :)

niedziela, 18 marca 2012

powrót

Kiedy zaczynałam pisać tego bloga jakoś tak sama od siebie mi przyszła nazwa. Jakoś tak poetycznie brzmiała, dziwnie pasowała.
Z każdym dniem ten tytuł nabiera dla mnie silniejszego znaczenia. Bo z każdym dniem toczę coraz większe bitwy. Z życiem. Ze sobą. Z Lubym. Z Potomnym. Z urzędami. Z ludźmi którzy mnie otaczają.
I BrońBoże nie ją to bitwy tylko przeze mnie prowokowane. Tak już jakoś jest.
Nie ze wszystkich wychodzę zwycięsko. Ale walczę.
Kiedyś dostałam breloczek od przyjaciół z wyrytym cytatem:
"Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą."
Więc wciąż jeszcze jestem zwycięzcą. Bo wciąż jeszcze walczę. Zaciskam zęby i zwieracze w tyłku i walczę. O wszystko i o nic. I walczyć przestać nie zamierzam, bo mam dla kogo.

A propos....
Mój Potomny jest Boooooooski.  Każdego dnia mnie zachwyca. Każdego.
Macierzyństwo przed macierzyństwem wydawało mi się strasznie ciężką robotą. Może dlatego tyle lęku i strachu było we mnie przed porodem. Może dlatego ogrom pracy jakoś mnie nie zaskoczył i nie zdziwił. Ale to dobra praca. Z każdym dniem jestem dumna z siebie i z niego. MójMałyDużyCzłowiek jest wyjątkowo pojętny i sprytny. Ale przede wszystkim hiperaktywny. Nie usiedzi ani chwili w spokoju, wszędzie go pełno, wszystko go interesuje, niczego się nie boi no i jest wyjątkowo towarzyski. Od miesiąca przewraca do góry nogami nie tylko moje życie ale i życie pań za żłóbka.
Zapisaliśmy go do żłóbka bo wydawało nam się, że potrzebny mu kontakt z innymi dziećmi.
Ciężko mi było podjąć tą decyzję, ale szalę przechyliła decyzja o przeprowadzce ze Słowacji do Czech. Okazało się że praca z niespełna rocznym dzieckiem jest łatwiejsza niż praca z ponad rocznym dzieckiem.
Decyzja zapadła i z każdym dniem jestem do niej bardziej przekonana. MójMałyDużyCzłowiek szybciej się uczy, jest zadowolony ... Najbardziej przeżywam to ja. Czasem stoję w szatni i przyglądam się przez okno do bawialni żłóbka jak bawi się, śmieje, skacze.
I trochę jest mi przykro. Cieszę się że jest zadowolony ale z drugiej strony chciałabym mieć to tylko dla siebie...

Luby. Jesteśmy jak marynarzy którzy płyną samotnie wielkim statkiem w czasie burzy. Wiemy, że mimo kłótnie i złości, które ostatnio często u nas gościły, musimy sobie ufać i pomagać. Wiemy, że coś się popsuło między nami. Staramy się to naprawić, ale naprawianie kosztuje zdumiewająco więcej czasu niż budowanie.
Ale jesteśmy razem. Pociesza mnie myśl, że zbudowaliśmy miłość na przyjaźni. Że to z przyjaźni właściwie zrodziła się miłość. Mamy silne, długoletnie fundamenty. Przetrwamy, ale jeszcze wciąż o przetrwanie walczymy.


Pozdrawiam i też się cieszę że znowu tu jestem... ;)

sobota, 10 marca 2012

Rzadko tu ostatnio zaglądam. Prawie w cale. Nie było czasu, nie było chęci... długo by opowiadać. Może kiedyś...
Dziś znalazłam tu post który napisałam na początku tego roku.
Nie wiem czemu go nie zamieściłam. Wciskam go więc dziś:

Ostatni rok próbował wiele mnie nauczyć. Chcąc czy nie chcąc musiałam wyciągnąć z niego jakieś wnioski. Mimo iż podświadomie starałam się odepchnąć tą wiedzę od siebie, to jednak coś się we mnie wyryło bezpowrotnie.
Już tak jakoś jest, że jak się wali to wszystko na raz. Jak kostki domina, jedna popycha drugą, wprawiając w ruch mechanizm katastrof. Niby z perspektywy czasu, katastrofy te tracą troszkę na swej mocy i straszności ale jednak.
Staram się wierzyć, że po tym cięższym, jeśli nie najcięższym roku mojego życia, jestem choć trochę mądrzejsza. Staram się też znaleźć pozytywne strony tej nauki. Ciężko mi to przychodzi. Codzienność doświadczyła nas ostatnio dość mocno. Z każdym dniem ta rana się pomału zabliźnia, ale nie wiem czy i jak szybko się jej to uda. Pozostanie na pewno blizna. Blizna przypominająca co się wydarzyło i co mogliśmy się dzięki niej nauczyć.
Ta blizna będzie pamiątką bólu, rozczarowań, wątpliwości, poszukiwań, ale na szczęście też przypominką nieustającej wiary, miłości i przyjaźni oddnajdywanych tam gdzie nie do końca się ich spodziewano i szukano.
Przez ten rok znów zmieniły się nam priorytety, zmieniła lista marzeń, celów i przyjaciół. Niby jak co roku... coś lub ktoś zmieniło miejsce, kolejność, ktoś lub coś z niej znikło bezpowrotnie lub niespodziewanie się pojawiło.
Wchodzę w nowy, kolejny rok, przekonana o sile i niezłomności człowieka.
O matczynej miłości która zaskakuje mnie swoją prozaicznością i magią, której nie potrafię opisać. O potrzebie bliskości i spełnienia, przy drugim człowieku.
O miłości, która gubi się w codzienności i którą tak ciężko odnaleść i wskrzesić ponownie.
O przyjaźni która niewiele wymaga, ale jest bardzo krucha i zaskakująco milcząca.
O uczciach które błędnie lokalizujemy, bądź też błędnie odczytujemy.
O życiu dla innych, kiedy samemu już się żyć odechciewa.
O ciszy która potrafi krzyczeć, kiedy jej zbyt wiele.
Niech ten nowy rok zabliźni ranę czasem i niech ta blizna spełni swe zadanie. 
  
Miałam w sumie napisać dziś coś mądrego albo chociaż ciekawego, ale jakoś te wszystkie "O" co się ich nauczyłam pozbawiły mnie dalszej chęci. Postaram się zajrzeć w najbliższym czasie i coś wystukać. Mam tyle słów w sobie ale tak ciężko mi je ostatnio uwolnić... Może jakoś mi się to w końcu uda. 
 

niedziela, 25 września 2011

gdzie?

Udaje sama przed sobą, że jest dobrze. Ale nie jest.
Gdzieś się zgubiliśmy. Gdzieś po drodze do łazienki, łóżka, żucia się minęliśmy. Czemu?


sobota, 11 czerwca 2011

Obłoki i księżyce

Ostatnio odwiedziła mnie przyjaciółka. I nie boję się użyć tego słowa. 
Znajomych mam wielu ale przyjaciół już mało. Takich którym mogę ufać, przy których odnajduję siebie.
Wbrew temu co się mówi przybieramy przy ludziach maski.
Nie wszystko powiemy, wiele przemilczymy, czasem nie poznajemy samych siebie przy nich.
Czasem tak jest, że nawet ciałem jesteśmy przy innych, a myślami gdzie indziej. Rozmawiamy o "ważnych rzeczach", opowiadamy sobie co słychać, ale to tylko cząstka z nas jest obok.
Przy J. jestem cała. Czasem ta Ja przy niej sama siebie zaskakuję. Przy niej czuję się jak duchowa ekshibicjonistka. Odkrywam się cała.

Nie widziałyśmy się chyba ze dwa lata. Utrzymywałyśmy kontakt drogą mailową i telefoniczną. Ale była pierwszą osobą po Lubym o której pomyślałam kiedy dowiedziałam się że za 6,5 miesiąca będzie nas troje. Zresztą zawsze o niej myślę, kiedy chcę podzielić się czymś ważnym w moim życiu. To jej chciałabym pokazać wszystkie piękne miejsca, wszystkie szczęśliwe i nieszczęśliwe wspomnienia.
Bałam się tego spotkania.
Jakoś tak się w moim życiu poukładało, że ludzie z którymi kiedyś spędzałam czasem nawet 24 godziny na dobę znikali z mojego życia.
Spotykając się z nimi nie potrafiliśmy razem rozmawiać. Jakiś mur stawiał się między nami, czyniąc z nas dwoje prawie obcych sobie ludzi, których łączyła kiedyś nic kontaktu drastycznie zerwana przez czas. W książce Anna Onichimowska "Ludzie jak obłoki" umieściła kiedyś śliczny cytat z "Przebudzenia", który do dziś pamiętam: "Jesteś niebem obserwującym chmury. A wydarzenia, ludzie, sytuacje, to obłoki, które po nim przepływają. Tylko przepływają. Dlatego nie próbuj ich zatrzymać, bo na pewno odpłyną wcześniej, czy później. Gdy przytrafia Ci się coś pięknego albo bolesnego, powinnaś(-ieneś) zrobić krok, odstąpić od siebie i popatrzeć z dystansu. Ludzie, których kochasz, to właśnie takie chmury. Są na Twoim niebie dłużej lub krócej, ale nigdy na zawsze" Tamci jakość odpłynęli. Bałam się, że i to spotka nas.
Ale miło się zaskoczyłam. J. okazała się jednym z księżycy na moim niebie życia. W chwili kiedy ją zobaczyłam wróciło to czego brakował mi przez te lata. Poczułam się tak jakbym widziała ją wczoraj na przystanku, kiedy odjeżdżałam pierwszym porannym tramwajem, bo na ostatni nie zdążyłyśmy, bo znowu się zagadałyśmy.
Było tylko morze słów, oceany rzeczy o których musiałyśmy sobie opowiedzieć. Gadałyśmy przez te trzy doby, dniem i nocą. Na sen szkoda było nam czasu, którego i tak miałyśmy niewiele. Uwolniłyśmy tamę wspomnień.
Wyjechała. Wszystko wróciło do normy. Ona w Anglii, ja tu. Każda ma swoje życie, swój świat, w którym tak naprawdę druga nie potrafiłaby się odnaleźć. Wiem tylko, że część mnie jest tam z nią. Część jej we mnie. Zbieramy znów dla siebie wspomnienia, opowieści; malujemy w pamięci obrazy, by móc znów za jakiś czas sobie to wszystko przekazać.
KiT J. :*

sobota, 21 maja 2011

za dużo myślę

Staram się nie wariować. Staram się być wyrozumiała. Staram się nie wyolbrzymiać. Ale nic nie poradzę na to, że jest mi tak strasznie przykro.
Lubego nie ma od tygodnia. Bawi się w najlepsze, a ja wariuję z tęsknoty.
Odezwał się dopiero po trzech dniach. I odniosłam wrażenie, że raczej z obowiązku niż z własnych chęci.

W czwartek miałam urodziny, a on po prostu zapomniał.
Nie zadzwonił, nie wysłał smsa.
Siedziałam sama i dołowałam się. :(
Nie oczekiwała wiele. Czekałam na zwyczajne życzenie. No i może krótkie że kocha albo że tęskni.
Dostałam usprawiedliwienie, że zapomniał zadzwonić. Że w sumie to pamiętał, ale czasu nie miał.

Nie lubię spędzać czasu sama. Mam wtedy za dużo czasu do myślenia. A myśli wyraźnie mi nie służą.
Zaczynam analizować wszystko i wszystkich. A w dodatku wyniki moich rozmyślań nie napawają mnie radością. Wręcz przeciwnie.

To co kiedyś wydawało mi się takie cudowne i czarujące, traci swój urok.
Mam nadzieję, że to tylko chwilowe. Że jak wróci to minie.
Zobaczymy...

niedziela, 15 maja 2011

tęsknota

Staram się wierzyć w swoje "prawdy". Mimo, iż czasem trudno mi wierzyć w to w co wierzyć chcę. 



Luby wyjechał na tydzień. Staram się być sprawiedliwa, rozsądna, wyrozumiała... Ale mi nie do końca wychodzi. 
Wygraliśmy w pracy wycieczkę do Egiptu. Wprawdzie Egipt nie wypalił, bo został zastąpiony Turcją, ale zawsze to coś.
Miałam prawie cały rok żeby pogodzić się z faktem, że nie pojadę. Ogłoszenie konkursu zbiegło się z ogłoszeniem mojego stanu odmiennego i podobnie jak pewne było, że wygramy, podobnie pewne było, że nie dane mi będzie się tą nagrodą nacieszyć. 
Mały jest za mały żeby wybierać się na wycieczki do egzotycznych krajów, a ja jeszcze nie jestem gotowa zostawić go samego na tak długo. Swoją drogą to naliczyłam, że przez te pięć miesięcy spędziłam w oddaleniu od niego jakieś 3-4 godziny. A i tak myślami byłam przy nim. (Czy tak już będzie do końca życia? Może mam jakąś paranoje albo obsesje?)
Było mi przykro kiedy Luby wyjeżdżał. To jego pierwsza podróż beze mnie. Właściwie wakacje. W dodatku w towarzystwie, które uwielbiam i raczej nie polega ono na omawianiu sztuki i architektury danego miejsca, ale raczej na ostrej i czasem niekoniecznie kontrolowanej moralnością zabawie. 


Już kiedyś zostawałam sama bez Lubego. Jakoś sobie radziłam. Dziś też się staram. 


Usłyszałam ostatnio od rodziny, że muszę mieć mocne nerwy puszczając go samego  w towarzystwie wiecznych kawalerów, podrywaczy z zamiłowania i notorycznych zdrajców. A co miałam zrobić? Na siłę go trzymać przy nodze? To spakowałam mu walizkę i ucałowałam na pożegnanie. 
Według mnie to lepsze niż trzymanie na krótkiej smyczy. Wtedy dopiero człowiek kombinuje. Owoc zakazany kusi, podobnie jak niedozwolony. 
Wiem, że cokolwiek zrobi to będzie jego wybór (jego strata?) a nie narzucona przeze mnie decyzja. 
Może ryzykuję, może si przejadę... może... a może nie i będzie to kolejna wygrana walka o nasze uczucie. 
Czas pokaże . Nie mogę tylko przestać o nim myśleć. 
Tęsknie całą sobą. 






"SAMA Z NAMI"


Tęskniłam za Tobą jeszcze zanim wyjechałeś

Próbowałam zaplanowac co będę robic "sama"

A teraz...

Robię herbatę dla nas dwojga uświadamiając sobie że będę musiała wypic dwie

Sprawdzam program w telewizji czy przypadkiem film który chcę obejrzec nie leci w tym samym
czasie co Twój teleturniej

Mówię na głos swoje myśli i słyszę jak trafiają głuch w ciszę

Przez moment nawet pomyślałam że się gniewasz i masz "ciche chwile" do mnie

A Ty tylko wyjechałeś na dwa dni...

Wróc proszę szybko...

Bo bardzo mnie męczy bycie samej z "nami"



piątek, 1 kwietnia 2011

wygrana

Ponoć prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. 
A prawdziwą miłość?
Czy to prawda, że dopiero w obliczu prawdziwych problemów można przetestować miłość?

Ostatnie dni były ciężkie. Posypało się lawiną w jeden krótki dzień. Zburzyło spokój i prawie sielankowe życie.
Ostatnie kłótnie o pierdoły odeszły w niepamięć przegrywając z kłopotami większego kalibru. I miłe zaskoczenie... cała ta sytuacja bardzo nas zbliżyła.
Łatwo jest żyć obok siebie i ze sobą, kiedy wszystko jest super, pięknie i dobrze. Gorzej, kiedy trzeba stawić nagle czoła połowie świata.
Bitwy o wyjście z kłopotów jeszcze nie wygraliśmy. Potrzeba jeszcze parę tygodni, może miesięcy.
Ale walkę o nasze uczucie zdecydowanie tak.
Mało tego wynieśliśmy z niej przekonanie o sile naszej miłości i tym, że razem pokonamy wszystko i wszystkich. Łatwiej idzie się przez życie z kimś kto wspiera. Łatwiej stawić czoła dniu jutrzejszemu wiedząc, że ramie w ramię ktoś z tobą kroczy.

Mamy dla kogo żyć. Mamy dla kogo walczyć o lepsze jutro. Mamy siebie i małego Bruna :)

Pozdrawiam

wtorek, 22 marca 2011

czyli jednak

Właśnie wróciliśmy z PL.
Zadanie wykonane, dzieciak pokazany! Się odrobiło pracę domową.
I choć przyznam, że jestem tymi paroma dniami całkowicie wyczerpana, to jednak zadowolona. Wbrew pozorom ważne było dla mnie pokazanie syna rodzinie. Może nie w celu chwalenie się czy spełnienia obowiązku, ale bardziej dla samego uczucia kiedy widzi się babcię czy dziadka którzy z miłością i wzruszeniem przytulają swojego wnuka. To piękny widok. Piękne emocje.
Pamiętam to wyjątkowe i niepowtarzalne uczucie kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Potomka, albo kiedy w końcu mogłam go wziąć na ręce. Pamiętam całą orkiestrę uczuć kiedy Luby trzymał Małego na rękach, zachwyt który można było dostrzec w jego oczach. Wszystkie te emocje zawieszone w powietrzu. Tyle czekania, tyle strachu i konieczne spełnienie - JEST.
Każdy kto to przeżył wie o co chodzi.
Co mnie zaskoczyło w ten weekend, to to co działo się we mnie. Ta wybuchowa mieszanka wzruszenia, dumy ale też nieczekanej i wcale nieproszonej złości i żalu.
Czyli jednak gdzieś schowane to we mnie było. Raczej wypierane...
Widząc radość i wzruszenie w oczach Lubego i jego ojca, przypomniało mi się, że może gdzieś tam na świecie pałęta się mężczyzna, który z własnej woli zrezygnował z tych emocji. Który nie chciał tego zażyć, nie chciał poznać własnej córki. Pewnie nawet nie wie czy ma córkę czy syna...
Pewnie nie wie też że tą decyzją pozbawił się nie tylko prawa do dziecka ale i do wnuka. To przykre, że przez to, że ten facet nie chciał znać mnie, teraz mój syn będzie miał tylko jednego dziadka. Przeszłości się nie zmieni. Pytanie czy by się chciał?

piątek, 11 marca 2011

szansy cd.

Ostatnio sporo czasu spędzam na rozmowach przez telefon...
Moja przyjaciółka z szansy wciąż nie dogaduję się z moim przyjacielem, który dla urozmaicenia historii jest drugim bohaterem postu.
Miotają się oboje... Nie mogą bądź nie chcą do końca zamknąć tego związku... Ale na nowe chyba też nie są gotowi.
Przyjaciółka zadała mi pytanie co ja bym zrobiła na jej miejscu.
Stanowczo odpowiedziałam, że bym nie wybaczyła, nie popuściła...
I powiedziałam prawdę... Ale potem zaczęłam się dziwnie zastanawiać czy może jednak...
Zdziwiło mnie to zastanawianie się.. Czy byłabym w stanie zapomnieć?.. wybaczyć?.. żyć z tym?..
Czy nie budziłabym się każdego dnia ze strachem czy nie znajdzie sobie znowu kogoś?..
I czy zdradę odebrałabym na pewno jako jego porażkę czy może jedna bardziej moją?..
Jak bardzo zmienia się związek (jeśli można to nazwać jeszcze związkiem) po zdradzie?
Czy można żyć normalnie?
I co wtedy jest normalne?

czwartek, 10 marca 2011

zadra

Dawno mnie nie było.
Nawet bardzo dawno...
Ale bycie matką, a przede wszystkim staranie się o bycie dobrą matką pochłania całkowicie te małe resztki wolnego czasu jaki mi zostaje.
Mały rośnie jak na drożdżach. Aż sama się nie mogę nadziwić.
Raźno trzyma już główkę, wydaje z siebie zajedwabiste dźwięki... Cud...
A ja? Staram się sprostać wszystkim wyzwaniom jakie stają przede mną. Staram się być dumna z tego co potrafię i nie przejmować się tym w czym sobie rady nie daję. A jednych i drugich rzeczy jest wiele.
Macierzyństwo nie jest łatwe... Jakoś mnie to specjalnie jednak nie zaskoczyło. Ale walczę wytrwale... :)
Zaskoczyłam jednak sama siebie. A dokładniej to co się ze mną dzieje, wszystkie te uczucia, emocje które kołaczą się we nie i nie pozwalają przejść obok swojego dziecka bez zachwycanie się tym małym cudem...

Dziś po raz kolejny zresztą poczułam to cholerne przygnębienie. Po raz setny czułam się gorsza... Mimo iż staram się z tym walczyć, tłumaczyć sobie to jednak mimo wszystko to gdzieś we mnie siedzi.
Kiedy byłam w ciąży planowałam karmienie piersią przynajmniej do szóstego miesiąca życia maluszka. Było to dla mnie oczywiste. Nie dopuszczałam do siebie myśli o butelce.
Rzeczywistość okazała się inna, wręcz brutalna.
Już dawno przeprosiłam się z butelką, ale gdzieś we mnie wciąż została ta rysa. Przeświadczenie, że jednak nie sprostałam....
Z zazdrością patrzę na matki którym się to udało. I mimo iż znam wszystkie argumenty, że mały i tak jest i będzie zdrowy, ze może to i wygodniej, że nic mnie nie omija, że tyle nawet zyskuję, to jednak jest mi przykro.

PS. W ramach przeprosin że mnie tak długo nie było posyłam fotkę mojego Księcia.

wtorek, 7 grudnia 2010

się chwaląc nieskromnie

Geny dostaje się w prezencie. Nie zawsze jednak to prezent mile widziany.
Jako najmłodsza przedstawicielka płci piękniejszej w rodzinie, jakoś nie miałam wątpliwości, że w trakcie ciąży przybędzie mi trochę kilogramów i niekoniecznie będę mogła zrzucić to na dzieciaka. Żadna kobitka w mojej rodzinie nie przytyła mniej niż 20 kilo. Jakoś wiedziałam, że i mnie to czeka.
I stało się. Dziś doliczyłam się 25 kilograma.
A nie opycham się jak głupia. Staram się jeść często, ale w mniejszych ilościach. Prawie nie jem słodyczy, za to dużo witamin. Ale kilogramy są.
Pamiętam jak zaczęłam przybierać na wadze. Byłam podminowana. Przecież tyle wysiłku kosztowało mnie utrzymanie względnej "figury", drakońskie diety i wszystkie te zabiegi z kremami, maściami i żelami.
A tu proszę...
Zaczęłam szybko przybierać na wadzę...
Dziś mam straszne rozstępy na brzuchu, mimo iż stosowałam wszystkie dostępne smarowidła na rynku. Ogromny brzuch, biust, tyłek i uda.
Ale o dziwo, mimo iż czasem kiedy muszę coś zrobić lub znajdę swoje odbicie w lustrze i widzę ogromną słonicę.... o dziwo czuję się atrakcyjna. Jakaś kobieca, wyjątkowa.
Wiem, że to jak się czuję jest ogromną zasługą mojego Lubego. Od samego początku dawał mi ogromne poczucie akceptacji. Powtarzał, że kocha ten nasz brzuch, że rozstępy miną, być muszą, tłumaczył, pocieszał... Każdego dnia powtarzał jak ciąża mi służy, jak uwielbia mój (nie ukrywajmy większy) biust. Dziś nie widzę swoich ud i stóp, ale za to odnajduję podziw w jego oczach. Uwielbiamy wieczorami obserwować ruszający się brzuch...
Nawet w jego żartach, typu "Mój Grubasek" nie znajduję nic negatywnego.
Ta akceptacja i miłość jest dla nas kobiet bardzo ważna. To chyba najlepsze co mógł mi dać, zaraz po opiece nad nami i miłości. Zresztą to tylko kolejny dowód jak cudownego mam faceta. :)))
Można zazdrość... ;) 

piątek, 5 listopada 2010

dla przyszłych mam

Dostałam dziś piękne linki o przyjaciela.




Ciąża mnie rozczula. Wyczytałam wprawdzie w tych swoich super poradnikach że huśtawki nastrojów ma się w pierwszym i trzecim trymestrze, ale mnie zdecydowanie dopadły aż teraz. Ryczeć mogę nawet na reklamie karmy dla psów, a co dopiero na takich piosenkach czy klipach.
Staram się ubrać w słów to co czuję do tego potworka we mnie, ale brak mi odpowiednich słów...
Można kochać kogoś całym ciałem...
...nawet końcówkami włosów...