poniedziałek, 8 listopada 2010

ponoć ostatnie godziny


Według dwojga uznanych wizjonerów w środę ma się zacząć trzecia wojna światowa. I to nie byle kto ale sama Baba Wanga i Nostradamus.
Już w środę...
Staram się nie panikować, ale w środę mam basen i umówione spotkanie z malarzami...
Ufać wizjonerom czy nie wierzyć?
Miejmy nadzieję, że ktoś znowu popełnił błąd przy interpretacji przepowiedni. Inaczej mój remont szlag trafi a plecy dalej będą boleć...

sobota, 6 listopada 2010

sobotnie rozmyślania


Sobota zawsze z czymś mi się kojarzyła.
Kiedy byłam mała, w domu zawsze w sobotę robiło się wielkie pranie.
Nie posiadaliśmy wtedy jeszcze automatycznej, prawie samowystarczalnej Ewy, Amiki czy podobnej koleżanki pralki, ale starą, dobrą, wysłużoną Franię. Franciszka nasza dzielnie znosiła brudy naszej rodziny przez ładnych kilkanaście lat. Nawet kiedy z duchem nowobogackiego przepychu, na jej miejscu pojawiła się super nowoczesna jak na tamte czasy automatyczna praczka, Franciszka wciąż prała co gorsze brudy. Nie ukrywam, że mimo swego sędziwego wieku lepiej spełniała swe zadania niż jej następczyni.
Wielkie pranie z Franciszką wiązało się z zaangażowaniem większości domowników. No bo trzeba było namoczyć, wyprać (czasem dwa razy), wyżymać, wypłukać, wykręcić bądź wywirować (jeśli oczywiście posiadało się wirówkę) , rozwiesić...
Nie trzeba chyba dodawać, że nie był to mój ulubiony dzień tygodnia...

W czasach kiedy już na dobre automatyczna Amika (chyba) zagościła w naszym domostwie, sobota stałą się dniem o wiele przyjemniejszym. Nastał bowiem czas dyskotek.
Kiedy z napięciem czekało się na ten dzień cały tydzień, wspólnie z koleżankami w szkole szczegółowo planowało jak będzie wyglądać, w co się ubierzemy i gdzie pójdziemy, w końcu nadchodziła... Sobota... i gorączka sobotniej nocy... znaczy czy nocy to zależne od tego czy rodzice na noc całą na wychodne pozwalali czy tyko sobotni wieczór. Ileż planów i przygotowań...

Nie wiem czy można wyrosnąć z dyskotek ale na pewno można się nimi znudzić... bowiem po pewnym czasie sobota przestała mi się z nimi kojarzyć (może z powodu faktu że w czasach studenckich na dyskotekę chodziło się nie tylko w soboty), a zaczęła raczej z odpoczynkiem mieć więcej wspólnego...
Bo człowiek pięć dni w pracy, od rana do wieczora zabiegany, to chociaż w sobotę odpocznie...

Dziś sobota nie kojarzy mi się z praniem, z dyskoteką czy też odpoczynkiem... raczej z cotygodniowym rytuałem zakupów na (jak się uda) tydzień i "Mam talent" w tv.
Czy to pierwsze efekty starzenia się, czy też zaawansowane lenistwo i zdziadzenie?..

No ale cóż zrobić... na zakupy dzielnie z Lubym się wybrałam. W moim przypadku można by to nazwać jakąś wyjątkową formą rozrywki, bądź też sportu. Ano sportu, bo ruch posuwisty z koszykiem między półkami jest, rywalizacja o lepszy kawał mięch jest... Poza tym z moim brzuchem jest to jedno z niewielu miejsc w których jeszcze jakoś "na miejscu' wyglądam...
Bo nawet kiedy wchodzę do restauracji w oczach kelnerek widzę lęk, w oczach kucharza zrezygnowanie, a w zachowaniu gości ze stolika obok popłoch. Myślę, że gdyby Luby pojawił się tam z koniem nie wzbudziłby tyle zamieszania...

Więc uprawiając z Lubym nasz wspólny, niekoniecznie zbliżający do siebie (bo i o ser można się czasem pokłócić) shopping, zawędrowało się nam na dział dziecięcy czyli 0-3m. Zawsze udawało nam się powstrzymać od nakupowania pierdół i innych (jak się potem okaże) niepotrzebnych rzeczy ale dziś nie mogliśmy się powstrzymać. Znaleźliśmy bowiem przepiękny pajacyk (dla niewtajemniczonych - rodzaj śpiochów, tylko z nogawkami) z bucikami do komplety dla naszego Zdzisia. Niby nic nadzwyczajnego gdyby nie to że jest to przebranie renifera, a przecież Zdzisław kilka dni po narodzinach od razu zaliczy swoje pierwsze święta. Jako rozczulona przyszła matka oczami wyobraźni widziałam już nasze maleństwo wesoło gaworzące w rytm kolęd... No jak? Jak mogłabym się powstrzymać? NO NIE MOGŁAM!
Zdaję sobie świetnie sprawę z faktu, iż Zdziś zapaja do mnie chwilową nienawiścią z jakieś naście lat, kiedy spoglądać będzie na swoje zdjęcia z dzieciństwa...ale cóż...
Luby przeżył swoje zdjęcie w stroju pajaca i może do dziś ma jakiś żal do swoich rodzicieli i jakiś rodzaj obrzydzenia do klaunów w nim drzemie, ale żyć żyje... Więc i Zdzicho da radę... A mnie święta pięknie upłyną....

piątek, 5 listopada 2010

dla przyszłych mam

Dostałam dziś piękne linki o przyjaciela.




Ciąża mnie rozczula. Wyczytałam wprawdzie w tych swoich super poradnikach że huśtawki nastrojów ma się w pierwszym i trzecim trymestrze, ale mnie zdecydowanie dopadły aż teraz. Ryczeć mogę nawet na reklamie karmy dla psów, a co dopiero na takich piosenkach czy klipach.
Staram się ubrać w słów to co czuję do tego potworka we mnie, ale brak mi odpowiednich słów...
Można kochać kogoś całym ciałem...
...nawet końcówkami włosów...

czwartek, 4 listopada 2010

jak rośnie ono i zarazem reszta...

Mały Zdzisio jest już naprawdę spory. I silny... potrafi mnie już teraz porządnie walnąć. Dziś spodobało mu się wkładanie jednej z kończyn (nie potrafię sprecyzować której dokładnie) pod moje żebra.
Kiedyś był malutki... pamiętam jego pierwsze ruchy... jak trzepotanie skrzydeł motyla w brzuchu.
Dziś już motylkiem nie jest. Waży przeszło dwa kilo i ma siły na tyle że od jego kopniaka potrafi mnie zgiąć w pół.
Ale i tak jest kochany.
Potrafi się z nami bawić. Kiedy tata puka mi w brzuch, on odpowiada delikatnym kopnięciem. Albo kiedy chłodną dłonią dotykamy brzucha, ucieka na jego drugą stronę.
Tydzień temu byliśmy w PL na zakupach. Trzeba było w końcu skompletować choć najpotrzebniejszą wyprawkę do szpitala.
Znając siebie, przez te parę miesięcy starałam się unikać sklepów z ciuszkami i akcesoriami dla niemowląt, bo bardzo szybko byłabym w stanie wykupić wszystko co choć w części wydałoby mi się uroczę.
Kupiliśmy więc łóżeczko z materacem kokosowo-owsianym (?) i wszystko co do niego i koło niego potrzebne, przewijak, parę komplecików ubranek, pieluchy, wanienkę, kosmetyki dla Zdzisia itp.
A i zamówiliśmy super,wypasiony wózek!
Pani która nas obsługiwała była dobra w tym co robi. Bez niej pewni wyszlibyśmy ze sklepu tylko z wanienką. A tak proszę tysiączek zostawiliśmy.
A gdzie wózek i cała reszta o których wszędzie piszą i trąbią młodym matką.
Szlag mnie tylko czasem trafia jak pomyślę o tych wszystkich kobietach w gorszej sytuacji materialnej. Niby jest jakieś becikowe, ale to przecież tylko kropla w morzu tego co tak naprawdę potrzeba.
Wiem, wiem... przecież miłość i szczęście najważniejsze, a tego za pieniądze się nie kupi... może i tak, ale bez tego i o szczęście trudno...

Rok temu nie pomyślałabym, że tak bardzo będę się cieszyć na swoje maleństwo. Czasem wprost nie mogę się doczekać kiedy się urodzi. Jeszcze tylko sześć tygodni i będzie. :)

Nie spodziewałam się jak bardzo dziecko zbliża dwoje ludzi. Może i wszędzie o tym piszą i mówią, ale co innego doznać tego na własnej skórze.
Luby uwierzył do końca, że będzie ojcem. Dotarło do niego istnienie małego potworka w moim brzuchu jak po raz pierwszy go kopnął. Z każdym dniem kiedy on rośnie, rośnie i duma ojca. :)
Ostatnio przyszły tatuś zaskoczył mnie pozytywnie swoją opiekuńczością. Nigdy żadne z nas nie było wylewne. Staramy się żyć razem, obok siebie, nie tracąc przy tym siebie. Zawsze ciężko było nam mówić o tym co, jak czujemy. Ale gesty znaczą o wiele więcej.
Ostatnio do łez mnie doprowadzają prozaiczne gesty z jego strony. Wczoraj w nocy obłożył wezgłowie łóżka poduszkami jak spałam, żebym się nie uderzyła w głowę. Mocno mnie też przytula w razie gdybym zechciała spaść z łóżka, choć to byłby spory wyczyn biorąc pod uwagę kolosalne rozmiary naszego łóżka...
Miło... nawet bardzo...
A tym mnie uraczył w niedzielny poranek...


poniedziałek, 4 października 2010

takie chwile jak teraz...

Kiedyś napisałam:
Zobaczyłam Twój uśmiech rano
błysk w oczach jak na mnie spojrzałeś

i zrobiło mi się miło przez tą chwilę
i zrobiło mi się smutno przez tą chwilę

bo ona taka krótka
bo za chwilę praca dom obowiązki

a ja chciałabym utonąć w tej chwili
zawiesić w niej czas by trwała wiecznie
by nikt inny tylko ty i ona istniał na świecie

zobaczyłam w Twoim uśmiechu czułość
miłość w oczach jak na mnie spojrzałeś

i podałeś mi rękę
byśmy ramię w ramię
kroczyli w nasze
wieczne-niewieczne życie razem


Czasem w natłoku codzienności zapominamy o Nas.
Sprowadzamy Nas do podwójnej porcji makaronu, dwóch kotletów zamiast jednego, częstszego prania, konieczności uwzględniania drugiego w swoich panach...
Czasem czuję się samotna między końcówkami "-my", zagubiona między wspólnymi planami, wspomnieniami...
Czasem jednak między tymi pełnymi Nas dniami, znajduję Mnie która tak bardzo Cię kocha.
KiT