Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myśli pomyślane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myśli pomyślane. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 marca 2012

kobieta czy matka

Ciąża i macierzyństwo zmieniło całe moje życie. Z chwilą pojawienia się stanu błogosławionego w moim świecie, przemianie ulegać zaczęła nie tylko moja figura ale i mój umysł. Zmieniły się priorytety, sposób postrzegania świata. 
Mimo iż ciąża "trochę" mnie zaskoczyła przyjęłam ją z radością i nie mogłam się doczekać kiedy zobaczę moje maleństwo. 
Po porodzie pojawiły się pierwsze problemy. Świat nie był tak kolorowy jak opisują to na portalach dla kobiet w ciąży i kolorowych magazynach. Pojawiły się choroby, problemy z karmieniem, zmęczenie. Ale mimo to urodzenie Potomnego stało się najpiękniejszą rzeczą w moim życiu. (On sam zresztą też jest najpiękniejszy :D )
Z czasem jednak zauważyłam też, że bardziej niż kobietą stałam się mamą. Zaczęłam myśleć jak mama. Zaczęłam zachowywać się jak mama. Zaczęłam wyglądać jak mama. 
Jak myślenie czy zachowanie nie przeszkadzało mi wcale, tak wygląd mamuśki zaczął mi dokuczać. Zauważyłam, że między zmianą pieluch a podgrzewaniem mleka nie interesował mnie wcale mój wygląd. Ciążowe, luźne ciuchy były po prostu wygodne. Zwłaszcza ze względu na dodatkowe kilogramy uzbierane w czasie błogosławionych dziewięciu miesięcy. 
Pewnego dnia patrząc w lustro nie poznałam siebie sprzed ciąży. Była tylko mama z zarzyganą bluzką.
Przeszłam na dietę, zaczęłam dbać o siebie i swój wygląd. I powróciła radość. Okazało się, że można znaleźć czas na makijaż a dopasowana, krótka spódnica nie przeszkadza w zmianie pieluchy. A satysfakcję przynosi nie tylko pochwała od kobiet, że ma się śliczne, kochane dziecko, ale i pełne podziwu spojrzenia obcych mężczyzn.
Bo przecież matka to też kobieta. Jedno drugiego nie wyklucza, a nawet jedno umożliwia drugie. :) Można kochać swoje dziecko i jednocześnie czuć się dobrze w swojej skórze. 
Urodzenie dziecka ma dopełniać naszą kobiecość, czyż nie?

Kiedyś przeczytałam, że szczęśliwe dziecko to szczęśliwa mama. A co jeśli mama nie jest szczęśliwa siedząc w domu? 
Po urodzeniu Potomnego wróciłam do pracy. Ponieważ biuro miałam w tym samym budynku co mieszkanie nie było to problemem. Zabierałam Małego w nosidełku do gabinetu i razem bujaliśmy się w swoich fotelach. On z ulubioną zabawką, ja z komputerem i papierami. Wszystko działało super przez siedem miesięcy, czyli do czasu aż Potomny stwierdził, że świat z perspektywy pozycji pionowej jest ciekawszy niż z pozycji poziomej. W chwili gdy postawił swój pierwszy krok skończyła się sielanka. Po pierwszych 10-20-stu krokach postanowił nie chodzić ale biegać. Oznaczało to problem z pogodzeniem pracy z towarzyszeniem mu w jego maratonach. 
Męczyliśmy się parę tygodni. Potem zrezygnowałam z pełnoetatowej pracy i postanowiłam używać sobie macierzyństwa. 
Niestety raczej nie jestem stworzona do bycia kurą domową. Szlag mnie trafiał w tym domu. 
Kocham swojego syna nad wszystko. Uwielbiam się z nim bawić, rozmawiać (jeśli dialogiem można nazwać odpowiedzi mama gugu lala), czytać książki, budować kolejny dom z klocków realizując tymże kolejny projekt z naszej rodzinnej firmy budowlanej... Ale wciąż brakowało mi pracy.
Przed paroma tygodniami podjęliśmy z Lubym decyzję o posłaniu Małego do żłobka. Znaleźliśmy w Czechach prywatną placówkę i postanowiliśmy spróbować. 
Zaprowadziliśmy MałegoCzłowieka do "małego  przedszkola", oddaliśmy w ręce pań Cioć i czekaliśmy w szatni na odgłosy krzyku i płaczu. Była tylko cisza. Z drżącymi sercami i dłońmi podeszliśmy do szyby oddzielającej nas od pomieszczenia, gdzie dzieci się bawią i zobaczyliśmy naszego diabełka w swoim żywiole. On po prostu wszedł tam jak do siebie i od razu się zaaklimatyzował. Bardziej ja przeżyłam nasze rozstanie niż on. Po południu się rozpłakał. Ale dlatego, że nie chciał do domu. 
Mały jest szczęśliwy, ja również, bo w końcu mogłam wrócić do pracy i mam trochę czasu tylko dla siebie.
Nie należę chyba do kobiet, którym do satysfakcji wystarczy prawidłowy rozwój dziecka.
Nasza decyzja stała się za to tematem debat. Czy posyłanie dziecka do żłobka jest właściwą decyzją...
Bo przecież co za matka woli pracować niż wychowywać swoje dziecko... Przecież nie na tym polega macierzyństwo... Bo przecież tyle tracę... Przecież stać nas na to bym siedziała w domu, nie brakuje nam pieniędzy...
Mam za sobą ciężkie dylematy. Mały jest szczęśliwy, szybko uczy się od innych dzieci nie tylko czeskiego języka ale i zabaw, zachowań. Już nie boi się siadać na nocniku, chętnie podaje zabawki, nie grymasi przy jedzeniu. A ja znów osiągam swoje małe zawodowe sukcesy przez co rano i po południu wciąż witam go z uśmiechem. W weekendy staram się mu wynagrodzić rozłąkę i z chęcią spędzam z nim aktywnie te dwa dni.
Opieka w żłobku jest rewelacyjna. Nowe Ciocie kochane. Mały uśmiechnięty. Mama zadowolona. 
Tylko co niektórzy do dziś nie akceptują mojej decyzji. Nie rozumieją, że rodzina jest dla mnie najważniejsza, ale do pełni szczęścia potrzebuję jeszcze odrobiny samorealizacji zawodowej. 
Na szczęści Luby mnie wspiera w tej decyzji. I czasem gdy pojawiają się wyrzuty sumienie podnosi mnie na duchu.
Dziś nie żałuję tej decyzji. Co będzie później? Się okaże...
Pozdrawiam :)

piątek, 21 stycznia 2011

szansy ciąg dalszy

Mówi się że Polak mądry po stracie...
Albo że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu...
Albo że cudze chwalicie a swego nie znacie...
Każdy zna, każdy wie, każdy zażył...

Czemu więc tak ciężko człowiekowi docenić to co posiada? Stanąć z boku, popatrzeć na swe życie i stwierdzić, że mimo wszytko jest się bogatym?
Rozumiem marzenia. Rozumiem plany, aspiracje...
Ale tak ciężko mi zrozumieć ślepotę w codzienności...

Bohaterowie mojego niegdysiejszego postu wciąż w separacji.

On realizuje swe męskie ambicje w ramionach młodszej. Mówi że potrzebuje odpocząć od Niej, złapać dystans, odetchnąć... pytany czy Nowa Ona daje mu wystarczająco dużo świeżego powietrza, milknie. Gdzieś podświadomie wierzy w otwarte drzwi, które stara się u Niej zostawić.

Ona powoli przymyka te wrota. Zamyka je czas i codzienność bez Niego do której zaczyna przywykać.  Zaczyna w końcu zaczyna spoglądać na świat przez zapuchnięte od wczorajszych łez oczy. I widzi to co było, jaki był, czego nie było i jaki nie był. Spada zasłonka z miłości i świat ukazuje się w troszkę innych barwach...
Zaczyna widzieć przyszłość i zastanawiać się czy znajdzie się jeszcze dla niego w niej miejsce. Bo nie ma już miejsca w niej na kolejne rozczarowanie. Kolejna rana na sercu z powodu zdrady, zranienia zabiłaby je całkiem, a przecież ona ma jeszcze dla kogo żyć.

To przykre jak bardzo ludzie się ranią.
Jak ciężko docenić im wprawdzie zwykłą i czasem szarą codzienność. Wybierają porywy, ekscesy krótkotrwałe jakby to miało przedłużyć im młodość, życie...

Znam Jego, znam Ją, znam ich uczucie...
I o dziwo zaczynam stawać po jego stronie. Bo przecież Ona go znała równie dobrze jak ja. Wiedziała, że nie potrafi być wierny, że kocha przygodę, szaleństwa, wino, kobiety i śpiew...
A mimo wszystko się łudziła, że go zmieni.
Myślę, że przegrała tą walkę o jego miłość już wtedy kiedy pierwszy raz, jak gdyby nigdy nic, wybaczyła zdradę. A potem drugi i trzeci... Dała mu przyzwolenie... Pokazała swoją słabość, kompromisowość, uzależnienie... Dzięki temu wiedział, że zawsze będzie mógł wrócić.

Błąd popełniła zamykając go w złotej klatce.
Może to porównanie będzie brutalne, ale ośmielę się je tu napisać, bo mimo mojej wewnętrznej moralnej walki, jakoś dziwnie wydaje mi się na miejscu:
Bo to jak z psem i smyczą.
Kiedy smycz jest krótka, pies się szarpie, wyrywa, chce pójść dalej, zobaczyć więcej... czasem smycz się zerwie... albo pan zmęczony szarpaniem ulegnie i zejdzie z chodnika na trawnik...
A kiedy smycz długa i luźna? To pies się nie szarpie... kroczy dumnie przy nodze... kiedy chce to powącha inny kwiatek na trawniku, ale kiedy przegina pan szybko smyczą pociągnie i pies wraca... Czuje wolność ale nie koniecznie musi z niej korzystać. Przecież jest mu ona podana na talerzu, tylko że w zdrowej dawce....
Pan ufa swojemu psu, pies znając zapach wiedząc że zakazane zakazanym do końca nie jest jest wierny... Dobrze im razem, więc po co to tracić?

Ja nie wybaczyłabym zdrady. Jakoś strasznie monogamiczna jestem. Nie uznaję w tej kwestii kompromisu. Jeśli człowiek z kimś jest to na 100%, całym sobą, nie można przecież na raty czy na wagę, w kawałkach.
Zdrada oznacza dla mnie koniec związku.
Rozstanie zawsze boli. Nawet jeśli wcześniej jest tłumione złością, chorą ambicją czy aktorskim wzruszeniem ramion. Ale co nas nie zabije to nas wzmocni, albo przynajmniej miałoby nas czegoś nauczyć...
Ludzie którzy zdradzają nie zmieniają się z dnia na dzień... To długotrwały proces...

Zawsze kiedy słyszę o takich sytuacjach staram się jeszcze raz stanąć obok siebie, wyświetlić sobie swoje życie i przewinąć cały mój związek... Popatrzeć od początku do dziś... Spojrzeć w przyszłość... Docenić to co mam i co mieć mogę...
Tyle bólu, łez, starań kosztowało nas to co teraz mamy. Tyle krętych dróg, życiowych przeszkód, byśmy trafili tu gdzie jesteśmy teraz... Tyle sił i energii by stworzyć to co jest między nami...
Wiec czy warto "oddać się na chwilę", pozwolić podzielić to co mamy, zniszczyć to co może być...

W takich chwilach po raz kolejny doceniam to jak wiele mam.
W szarej, czasem nudnej codzienności tak łatwo o tym zapomnieć. Zgubić się na korzyść innych... Przyzwyczaić się do myśli, że ktoś jest mimo wszytko i zaryzykować... I stracić... Nie warto... Nie po tym wszystkim...
Związek to cholernie ciężka praca... Kompromisy, akceptacja...
Mamy szczęście.
Udało nam się z Lubym znaleźć most łączący nasze dwa światy. Mnie i jego. Połączyć to co nas dzieli i podzielić na pół to co nas łączy aby każdy został sobą obok tego drugiego.
Chyba to co nas tak trzyma obok siebie to ciężka i długa praca jaką włożyliśmy w nasz związek.
Solidna podstawa przyjaźni, na której zbudowaliśmy naszą miłość sprawia, że każdy atak, cios, czy przeszkodę potrafimy pokonać i utrzymać tą naszą łódź miłości na wodzie. Każde z nas wie jakie konsekwencje grożą gdy pozwolimy komuś, choć na chwilę nas podzielić, wejść na pokład. Wiemy, że później już nie będzie odwrotu...

Szkoda mi moich "bohaterów"...
Błądzą obok siebie, uderzają w siebie i powoli niszczą nie tylko to co ich łączy, ale i obraz wszystkiego tego co ich łączyło...

On chce próbować nowych smaczków... Ona wierzyła, że swoją miłością osłodzi jakoś tą gorycz bólu...
Pozostał niesmak i zgaga...



"Przepisy ruchu drogowego"

Chciałam dogonić swoje marzenie
ale albo prysło jak bańka mydlana
albo uciekło zbyt szybko

Przez tą głupią pogoń
nie zauważyłam ciebie obok znaku UWAGA MIŁOŚĆ
i pobiegłam dalej

A teraz stoję na skrzyżowaniu
i czekam aż zniknie czerwone światło ONA
i będę mogła wrócić do ciebie

Nie chcę łamać przepisów
nie wiem czy jest sens
nie wiem czy nadal na mnie czekasz
Czekasz?
dla P.  

środa, 15 grudnia 2010

szansa

- Miał prawie wszystko. To prawie mu przeszkadzało...
- Miała wszystko i to wszystko to było za wiele...
Dzwonią od rana jeden przez drugiego.

Ale że co?!!! - bo nie bardzo w temacie z rana byłam.
- Separacja!!!
- Rozwód!!!
Jak można rozwód brać, separację ogłaszać, jak się ślubu jeszcze wziąć nie zdążyło.
- Bo to tak oficjalnie, jakby kto pytał.
- Nie było i nie będzie... i już...

No dobra, niech Wam będzie.
- No wiesz... choć trochę współczucia...
- Ty pewnie też przeczuwałaś że tak będzie, stąd ten spokój.
Ja nic nie przeczuwam. Ot, ich sprawa. Jak mnie można oceniać związki innych.
Przecież to ich co w nich i między nimi...

Ciężka sprawa, taki rozłam w związku przyjaciół.
Bo nie chcesz stawać między ale nie chcesz i po jednej stronie.
Obiektywnie czy subiektywnie...
Doradzić czy dać spokój.
Jak i dla kogo być przyjacielem...

Miłość od pierwszego wejrzenia. Zaczarował jej świat. Pokazał jak można kochać. Przy nim zrozumiała, że można być szczęśliwym. Zostawiła męża, który i tak już ją dawno zostawił obok siebie.

To ona pokazała mu, że zasługuje na miłość. Że wszystkie groźby matki pijaczki, że nikt go nie pokocha to tylko groźby. Pokazała, że można go pokochać i że wcale nie musi mieć wianuszka kobiet, by poczuć się potrzebnym.

Różnili się wszystkim... Ona romantyczka, zasłuchana w Niemena
On, jak sam rad się nazywać realista, nienawidzący Niemena.

Ona rodzinna, kochająca wieś, spokój...
On samotnik, kochający tylko wielkie miasta.

Ona delikatna, dyplomatyczna, zawsze starała się nikogo nie urazić.
On mistrz ciętej riposty, zawsze mówiący szczerze co myśli... albo prawie zawsze...

Byli różni... ale obok siebie idealnie dobrani. Jak dwa puzzle.

Mają dwoje kochanych dzieci. Kochanych i długo wyczekiwanych.
Już się kilka razy rozstawali. Już nie chcieli, już im sił brakło, zarzekali się, w piersi bili.
Ale zawsze wracali.
Ona bo kocha ponad wszystko: ponad zdradę, pod inną...
On jak bumerang, zawsze wracał do niej... w jej ramiona, do jej miłości...

A obok zawsze stoją ich dzieci... i starają się zrozumieć.

Szlag mnie trafia, jak o nich myślę. Ludzie nie potrafią docenić tego co mają.
Szukają w partnerze ideału, księcia którego sobie wyśnili. Starają się przerobić, dorobić, tu wystukać, tam dostukać... A przecież nie o to chodzi. Nie za ideał się kochamy.

A oni marzą o innych. Ona o innym Onym, takim jakiego sobie wyśniła, nawet bez konia, ważne że z tym gestem, z tym słowem...
On marzy o innej niż Ona... o bardziej nie Onowiej, ale za tą jej Onowość przecież ją kocha.
Marzą obok siebie i czasem te ich marzenia bolą drugiego.
Bo to co ich łączy to niechęć do kompromisów.
Bo ma być tak a nie inaczej.
I ona zapisuje mu jego wad, wylicza błędy, a on z ambicji i przekory stara się by lista była długa.
Ona zamyka go w złotej klatce z której on stara się jeszcze bardziej uciec.
A mimo wszystko zawsze spoglądają w swoją stronę...

Ja kocham ich obu. Rozumiem i jedno i drugie. Rozumiem ich razem i osobno. Po trochu.
Nie radzę. Słucham. Czekam.
Choć nie wiem czy dla nich lepiej by byli razem czy by byli osobno. Więc poczekam, przeczekam i teraz...

Się czegoś przecież doczekam...


(chyba z 2007 roku, ale nie pamiętam... wiem że chyba o nich)
"Szansa"
Ile można wymagać od miłości?
Ile można gonić marzenie idealne tak bardzo że aż nierealne?
Kochać to czego kochać się nie chce?
I chcieć kochać tak jak się kochać nie potrafi?
Tak nie można...
Bo ile można marzyć?
Udawać że się żyję i marzyć o życiu obok w wymarzonej miłości?
Można za to spaść z wysoka...
z chmury która zasłania mi prawdziwą miłość
I zgubić słońce - Ciebie
Samotnie licząc siniaki...



Dziś cały dzień we mnie to gra:

wtorek, 16 lutego 2010

biegnąć w miejscu...

- Poczekaj!
- Gdzie tak pędzisz?
- Zatrzymaj się na chwilę...
Często słyszę od rodziny, przyjaciół i Lubego te słowa.

A ja po prostu muszę. Muszę biec, być wszędzie, wszystko zobaczyć, poczuć, dotknąć, zdążyć choćby powąchać.
Życie jest krótkie a świat tak piękny. Dlatego biegnę, ciągle w innym miejscu, wciąż tyle rzeczy, cudów tego świata przede mną. A czas ucieka.
Łapię chwile zachłannie w obie ręce. Jakbym się chciała zakrztusić. Wszystkiego spróbować.
Bo tak! Jestem zachłanna, łapczywa.
Mam w sobie ogromne łakomstwo na życie.
Nie chcę żałować że coś zostawiłam, ominęłam, przeoczyłam.
Dlatego często robię sto rzeczy na raz. Łapię kilka srok za ogon, w obawie że jedna może uciec, a to może być ta najpiękniejsza, najważniejsza.
Muszę wszystkiego dopilnować sama, choć wiem że jest pełno ludzi, którzy chętnie by pomogli. Ale ja muszę sama. Muszę choćby być przy tym.

Ale czasem są chwile kiedy stoję na ulicy. Patrzę na wróbla, który skubie sobie kawałek porzuconego chleba. Napawam się jego widokiem.
Spoglądam w niebo i widzę moje ukochane chmury. Analizuję każdy rąbek i załamanie ich ideału. Odnajduję w jego rysach znajome twarze i obrazy.
Widzę światła. Aut, domów, latarni, bilbordów.

I wiem że nie wszędzie zdążę. Nie wszystko zobaczę. Mam tak mało czasu i muszę wszystko zapamiętać, zapisać w głowie wszystkie obrazy. Czy mam odpowiednią ilość pamięci? Czy starczy mi GB-tów?
Czy życie jest naprawdę tylko jedno? Czy jest ktoś kogo mogę przekupić i dostać zestaw 1 + 1 gratis? Co, ile, czego muszę zrobić żeby dostać więcej czasu?..

-No choć już! Nie stój tak na środku. Czego się ociągasz? Nie zdążymy...

Więc biegnę znowu...

sobota, 6 lutego 2010

okna życia

Przeczytałam dziś rano bulwersujący artykuł na onecie:
http://portalwiedzy.onet.pl/4869,25297,1597305,1,czasopisma.html

Zaczęło się niewinnie. Od okna życia, dawnego kołowrotka. Początkowo pomyślałam że takie okno może być całkiem dobrym pomysłem. Lepiej przecież oddać dziecko do "przytułku" niż porzucić na ulicy. Nie żebym była za oddawaniem dzieci. Broń Boże. Nie, nie, nie. Ale tyle się naoglądałam w młodzieńczych latach, pracując w pogotowiach opiekuńczych, dzieci zostawionych na pastwę losu na ulicach, w lasach, że uważam że zawsze to odrobinę choć ludzkie. Nie skazywać bezbronnego na śmierć.
Przeczytałam artykuł uważnie, szczegółowo, w skupieniu. I szlag mnie trafił!!! Jak można!!!
Nie rozumiem, nie rozumiałam, NIE ZROZUMIEM!!! Jak nazwać istotę, która do bezbronnego małego człowieczka podchodzi jak do rzeczy. Kim są te "osoby"? Jak nieludzkim trzeba być skazując małe niemowlę na śmierć głodową dla pieniędzy? Jak można handlować ludźmi?  Jak bezdusznym trzeba być żeby postępować w ten sposób?
Ciężko mi się żyje na tym świecie, ze świadomością jak źli i zdeprawowani są ludzie. Ciężko mi się żyje ze świadomością że tak niewiele mogę zrobić...

W czasach liceum pracowałam w kółku charytatywnym. Na początku było pomaganie młodszym kolegą z podstawówki, potem odwiedzanie i zakupy dla starszych opuszczonych ludzi. Z czasem pokochałam tą pracę i zaangażowałam się czynniej.
Objęliśmy pomocą miejski szpital dla dzieci. Przez parę miesięcy zdążyliśmy zaprzyjaźnić się z personelem, któremu choć czasem przeszkadzaliśmy plątając się pod nogami, to jednak pomagaliśmy na swój sposób urozmaicając życie pacjentom.
Ja zajmowałam się onkologiom dziecięcą. Straszne miejsce...
Kiedyś zaprzyjaźniony ordynator wezwał nas na zwykły oddział dziecięcy. Poprosił o pomoc. Pokazał nam trzy i pół letniego chłopca, który nie potrafił chodzić, jeść sam nie mówiąc o załatwianiu potrzeb do mocnika. Chłopiec nie mówił. Był odosobniony w swoim świecie. Nie ma się mu co dziwić, bo świat który zaoferowali mu rodzice nie należał do najpiękniejszych.
Od lekarzy dowiedziałyśmy się że chłopca w ataku padaczki znalazła sąsiadka, która zaniepokojona nieustannym płaczem dziecka wezwała policję. Z raportu policji wynikało że matka zostawiła go na tydzień z dwoma bananami i kawałkiem chleba. Ślad po matce zaginął. Ponoć nie był to pierwszy raz...
Z badań lekarskich dowiedziałyśmy się, że chłopiec z powodu zaniedbania do końca życia będzie opóźniony w rozwoju. Przez matkę... Ojca ponoć od dawna nie było...
Zakochałyśmy się w tym chłopcu. Małej niewinnej istocie, która nie dostała od losu nic oprócz cierpienia.
Chłopiec na początku był wylękniony. Z czasem jednak zyskałyśmy jego zaufanie. Kiedy już pozwolił zebrać się na ręce, łapał się człowieka kurczowo i nie chciał puścić. Spędzałyśmy z nim całe dnie. Czasem jak pozwoliły pielęgniarki i noce.
Kiedyś pojawiła się w szpitalu matka. Po rozmowie z policją okazało się, że była w szpitalu, nieprzytomna z powodu alkoholowego przepicia.
Przyszło z dwoma reklamówkami. Myślałyśmy że przyniosła rzeczy dla Maciusia. Okazało się że lekarze i policja nie pozwoliły na odebranie dziecka ze szpitala. Maciuś miał zostać w szpitalu do wyjaśnienia sprawy w sądzie. Kobieta miała być oskarżona o zaniedbanie.
Matka wpadła w szał. Krzyczała, że to jej dziecko i nikt go jej nie odbierze. Że ona go urodziła i może go wychowywać jak chce. Żeby jej dać pieniądze to kupi mu jedzenie.
W szale złapała dziecko za rączki i wbiła mu paznokcie głęboko w skórę, do krwi. Maciuś dostał znowu ataku padaczki. Do końca życia nie zapomnę widoku kobiety, człowieka, który nazywał się matką i zrobił coś takiego swojemu dziecku.
Matkę aresztowano. Nie wiem czy dzięki znajomością ordynatora czy polskiemu prawu odebrano jej Maciusia. Umieszczono go w domu dziecka dla niepełnosprawnych. Ma tam zostać do końca życia.

Czemu winne było to dziecko. Co każe ludziom być takimi bestiami? Jak można?
Zawsze płaczę gdy o tym myślę. Jak bezwzględny jest świat, jak bezduszni są ludzie.
W takich chwilach dziękuję Bogu za swoją matkę. Dzielną, cudowną kobietę, która wychowała mnie i mojego brata w tak wielkiej miłości. Może nie zawsze było idealnie, ale to dzięki niej jestem taka jaka jestem.
Każdego dnia uczę się tego świata...
Każdego dnia nienawidzę go coraz bardziej...
Każdego dnia dziękuję za to co miałam i mam...
Każdego dnia mam wyrzuty sumienia że mam tak wiele...

środa, 3 lutego 2010

moje niebo

Czytałam kiedyś książkę Danuty Dowjat "Jak obłoki". Treść może nie poruszająca (nie pamiętam, szczerze pisząc, o czym była), ale za to do dziś mam w głowie tekst z tyłu okładki.
"Jesteś niebem obserwującym chmury. A wydarzenie, ludzie, sytuacje, to obłoki które po nim przepływają. 
Tylko przepływają. Dlatego  nie próbuj ich zatrzymać. Bo na pewno odpłyną wcześniej czy później.
Gdy przytrafi ci się coś pięknego albo bolesnego, powinnaś zrobić krok i popatrzeć z dystansu. Ludzie których kochasz, to właśnie takie chmury. Są na twoim niebie dłużej lub krócej ale nigdy na zawsze." 


I tak właśnie sobie pomyślałam, ile to już tych obłoków po moim niebie przepłynęło. Tyle ludzi, sytuacji, wzlotów i upadków, tyle przeżyć, żyć...
W tylu ludzi wierzyłam... W tylu zdążyłam zwątpić. Tylu zwątpiło we mnie.
Przeżyłam tak wiele radości, pomieściłam w sobie tak wiele bólu i zawodów. Jak szklanka bez dna...
Pozwoliłam tylu ludziom odejść. Od tylu ludzi uciekłam. Czy mogło być inaczej?
Czy byłabym w stanie zmienić cokolwiek i zatrzymać choć niektórych.

Wierzę w efekt motyla. Że często inna droga, inne drzwi doprowadziłyby nas w inne miejsce, na inny etap, co często mogłoby się równać ze strata tego co mamy.
Wiem że jeśli nie pozwoliłabym, żeby tamta miłość umarła, jeśli zawalczyłabym jeszcze, dziś nie poznałabym mojego Dawida. Wiem, że jeśli wychowałabym się z ojcem, posiadłaby inną osobowość...

Czasem człowiek żałuje tyle rzeczy, tyle straconych chwil, przeżyć, przygód.
Muszę starać się pamiętać że gdyby nie te odejścia, gdyby nie te obłoki które popłynęły nie posiadałabym tego co mam teraz.
I mimo że starałam się je zatrzymać, mimo że uciekły bezpowrotnie, nie straciłam wszystkiego tak do końca. Może nawet zyskałam...
Z ta wiarą lepiej mi się żyje...

sobota, 30 stycznia 2010

wszystko

Człowiek istota słaba, ale wymagająca.
Zawsze chce tego czego nie ma lub mieć nie może.
Ten kto ma kręcone włosy, chce mieć proste i na odwrót. Jeśli jest biedny chciałby być bogaty. Jak ma pieniądze chciałby się od nich trochę uwolnić.
Chcemy mieć 18 lat, jak mamy chcemy zataić wiek. Chcemy mieć męża, jak mamy, romansy nam w głowach.
Itp. Itd, Etc.
W czym jest nasz problem?
Może w tym, że czasem nie doceniamy, tego jak wiele w rzeczywistości posiadamy. Czasem gonimy za czymś, a okazuje się że tak naprawdę to jest obok, stoi przy nas.
Nagle dowiadujemy się że to o co tyle czasu walczyliśmy, to czego tak długo szukaliśmy, nie spełnia naszych oczekiwań. Że to jednak nie to... Że dobrze nam było z tym co mieliśmy.
Dziś będę się cieszyć tym co mam.
Zdrowiem, miłością, praca którą kocham, moimi nieprzystosowalnymi włosami, krzywymi nogami, cellulitem na tyłku, psem co utyka na jedną nogę, autem które jeszcze zipie, paznokciami które wczoraj obgryzłam, kwiatkiem który wczoraj zakwitł w oknie i przyjaciółmi co to daleko ale jednak.
Nie blokuję marzeń, celów... Po prostu dziś docenię jak wiele mam. I dlaczego nie chcę tego stracić. 
Polubię rachunki, przypomną mi że jeszcze ktoś oprócz hypermarketów o mnie pamięta. 
Polubię śnieg za oknem. Przypomnę sobie jak się pociłam w wakacje.
Przestanę tęsknić za polskim chlebem. Inni nawet tego nie mają. 
Polubię swoje dodatkowe kilogramy. Ponoć dzięki tłuszczowi nie będzie mi tak zimno.
Polubię i pokocham wszystko co mam. Choć dziś. Choć na jeden dzień. 

Jak tak teraz liczę...
...to przecież mam tak wiele...

"Modlitwa" - autor nieznany

Prosiłem Boga o danie mi mocy do osiągnięcia powodzenia
- uczynił mnie... słabym abym nauczył się pokornego posłuszeństwa.
 Prosiłem o zdrowie dla dokonania wielkich czynów
- dał mi kalectwo, ażebym robił rzeczy lepsze.
Prosiłem o bogactwo, abym mógł być szczęśliwy
- dał mi ubóstwo, żebym był rozumny.
Prosiłem o władzę, żeby mnie ludzie cenili
- dał mi niemoc, ażebym odczuwał potrzebę Boga.
Prosiłem o towarzysza, aby nie żyć samotnie
- dał mi serce, abym mógł kochać wszystkich braci.
Prosiłem o radość 
- a otrzymałem życie, aby móc cieszyć się wszystkim.
Niczego nie otrzymałem, o co prosiłem
- ale dostałem wszystko to czego się spodziewałem.
Prawie na przekór sobie
- moje modlitwy nie sformułowane, zostały wysłuchane.
JESTEM SPOŚRÓD WSZYSTKICH LUDZI NAJHOJNIEJ OBDAROWANY. 

środa, 27 stycznia 2010

Mniejsze zło

M.Gogol powiedział kiedyś ponoć:
"Starajmy się uczynić sobie chlubę z wad, których nie chcemy poprawić."
I tak się sobie myślę, że co jak co ale chłop miał rację. No bo ile mamy takich wad, które lubimy. Zresztą sama wada jest też terminem względnym. Mało tego: zdecydowanie uważam że powinniśmy je pokochać i nauczyć się je wykorzystywać.
Tak mnie to dziś naszło, jak próbowałam odpowiadać szanownemu Peterowi (chłopak mojej asystentki?) na pytanie: dlaczego pracuję w tej branży?
I co tu biedaczynie odpowiedzieć?
Postanowiłam zgodnie z prawdą: bo nigdzie indziej by mnie nie zatrudnili.
On: Dlaczego?
Ja: Bo ja takie problemy stwarzam, że żaden normalny szef by ze mną nie wytrzymał, więc znalazłam firmę, gdzie sama jestem sobie szefem. Kto jak kto, ale jakoś sobie jeszcze radę z sobą daje. Jeszcze...
Zdziwiony popatrzył na mnie i stwierdził że nie do końca łapie, ale kupuje to co powiedziałam. A że w rezultacie jak i po obserwacjach stwierdził że jednak to idealna dziedzina dla mnie jak i to potrafię mu wmówić.
Aaaaaaaaaa, tu wypadało by dodać, że zawód który wykonuję już od dobrych paru lat za granicą, to w Polsce określana pięknym terminem akwizycja. Tak, tak... Ta sama (tylko w innym języku).

Ale do tematu wracając.
Mam wady. Mam tych wad wiele. I znamy się z Nimi jak Lech i Jarek K......cy.
A że ich tyle że spokojnie partię polityczną moglibyśmy tworzyć (tylko ze względu na liczbę a nie przekonania), musieliśmy nauczyć się z sobą żyć.

Tak więc przedstawiam:
1. Pani Gadatliwość:
nie tyle że wygadam co przegadam. Ciężko czasem wytrzymać z prywatnym radiem Wolna Europejka, które to w dodatku nie zaopatrzono fabrycznie w funkcję volum czyli ścisz.
Więc pozwalając się zrealizować - praca gadana mile widziana.
Przegadam każdego i wszędzie a jeszcze za to pieniądze dostaję.
Zalet: jak czasem wrócę z pracy to mi się gadać nie chce więc mój luby poogląda TV bez zakłóceń dźwięku.
2. Pani Lubie Sobie Porządzić:
to znaczy ciężko mi niektóre zdania sformować na kształt prośby. Często stwarzają wrażenie polecenia. A pracownik przywyknie i mile zaskoczony jak po kilkugodzinnym treningu zaskoczę go czymś na kształt ...proszę
Zaleta: Pies wykonuje polecenia jak żołnierz szkolony kilkanaście lat.
3. Państwo  Obrażam Się i Nie Potrafię Gniewać Się:
obrażam się często i na pierdoły. Ale za to gniewać dłużej niż 30 min już nie potrafię. Po prostu zapominam. Często też obrażam się na siebie że się już nie gniewam na kogoś bo zapomniałam. Ale potem znowu zapominam. I tak w kółko...
Zaleta: Przynajmniej się ze mną nikt nie nudzi. Focha ponoć strzelam pięknie...
4. Pani Bałaganiarz i jego Pedantyzm
Mam po prostu napady bałaganiarstwa w którym utonąć mogę. Ale jak w odwiedziny zapuka druga strona mojej natury Pedantyzm, ciężko mnie oderwać od miotły i sprzątam, sprzątam, sprzątam. Potem zapominam...
Zaleta: tylko ja wiem gdzie co jest. Jak ktoś by chciał mi coś ukraść i tak nie znajdzie.
5. Dobre serce:
Każdemu dam pieniądze. Każdemu. Co trzeba zrobić? Recepta: smutna mina, ręka do przodu i musisz wzbudzić litość. Jakby bezdomni, biedni, żule i pijacy mogli dawać telekamery na największą frajerkę (czyt. co ma to da) to bez apelacyjnie wygrałabym w przynajmniej trzech krajach.
Zaleta: ponoć pójdę do piekła poznając osobiście św.Piotra który oznajmi że będzie pamiętać o moim poświęceniu po czym sam wystawi rękę...
6.  Pani Ja Sama:
tylko ja (plus czasem mój Luby, gdzie czasem to najlepsze słowo) i tylko ja umiem przyprawić obiad/kolację. Używamy czasem restauracji, ale tylko z powodu chwilowego lenistwa lub braków w lodówce, ale i tak nie jestem zadowolona. To dla mnie jak jazda taksówką. Niby jedzie i to do celu, ale nie jest to mój wóz.
Zaleta: sztuka kulinarna opanowana do perfekcji i papryka krojona według mojej miary.

Więcej grzechów nie chcę pamiętac....

Reszta rodziny został puszczona na wakacje. Przecież kochać wszystkich nie można. Moje serducho aż tak wielkie nie jest. Ale jak mnie nauczył mój luby:
jakby wszyscy cię kochali to zgłupiałbym z zazdrości...
Na co ja odpowiadam mu z uśmiechem:
szczęśliwy kto pokochał coś co nie jest nim samym...