niedziela, 31 stycznia 2010

medal...

Na początek wytłumaczenie:
Zbieżność postaci, miejsc, imion jest najzupełniej przedstawiona. Postacie i historia są fikcyjne, stworzone tylko i wyłącznie na moje i pomysłodawców potrzeby, czyli zabicie nudy.  
Ciąg dalszy nie jest przewidywany ale nie jest też wykluczany...
Umieszczam to tu aby się nie zgubiło, tym bardziej że wiem że tu zaglądają pomysłodawcy... :P
Historia powstała w formie gry: oni rzucali słowa ja miałam określony czas na napisanie historii na minimalnie  3700 słów. Policzyłam: 3 705!.
Wygrałam, nagrodę odbiorę osobiście. Już się cieszę na polskie piwko...

MEDAL
*****

Mam na imię Marta.
Od jakiś dwóch lat jestem w związku z Danielem, od jakiegoś 1,5 roku mieszkamy razem.
Każde z nas ma swoją prace w której się realizuje. Dawid jest managerem w agencji reklamowej. Ja asystentką (zastępcą) dyrektora w dziale marketingu międzynarodowego w jednej z dużej firmie polskiej która wchodzi na zagraniczne rynki.
Od paru dni mam romans z szefem...
Niby absurdalnie standardowy scenariusz... Uwiodłam szefa dla kariery i pieniędzy. Albo to szef uwiódł mnie dla rozrywki. Ale prawda jest taka że do tej naszej miłostki ani jeden ani drugi scenariusz nie pasuje. Może jest banalna ta historia ale życie też jest banalne...
Z Marcinem pracujemy razem już ponad rok. Na początku nie przepadaliśmy za sobą. Ciężko mu uznać kompetencje kobiety jeśli chodzi o nasz biznes. Twierdzi że jesteśmy za miękkie. Szczególnie nie dowierzał że piękna kobieta może być nie tylko dobrą kochanką, żoną czy ozdobą ale i dobrym partnerem w biznesie. Ja zaś nie lubię dyskryminacji mnie ze względu na wygląd. Może dlatego tak długo się docieraliśmy w pracy.
Potem się do siebie przekonaliśmy i tworzyliśmy udany duet. On szef, ja idealny partner-asystentka.
Nigdy nie chciałam mieszać życia prywatnego z pracą. Dlatego tak nie chciałam pracować z Dawidem. Dlatego odeszłam z poprzedniej firmy jak tylko nadarzyła się okazja. Nigdy przez myśl mi nie przeszło że skończe jakk te wszystkie panienki z szefem w łóżku...
Czy można to nazwać uwiedzeniem? Ale w takim razie kto kogo uwiódł? I dla jakich korzyści?
A zaczęło się niewinnie...
Jak zawsze pojechaliśmy w delegacje na kilka dni. Była to wprawdzie jedna z dłuższych ale nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw. Spędzaliśmy dni na spotkaniach z klientami, podpisywaliśmy umowy, zbieraliśmy zamówienia...
W ten wtorek podpisaliśmy jeden z największych kontraktów w firmie, więc postanowiliśmy go uczcić kilkoma drinkami. Jak kiedyś: porozmawiać, pośmiać się i grzecznie wrócić do siebie. Ale chyba o jeden drink za dużo wznieśliśmy, może o kilka słów za dużo powiedzieliśmy... Pierwszy pocałunek w barze... Odeszłam... Pobiegł za mną i chciał przeprosić... Nie pozwoliłam mu i tym razem to ja go pocałowałam... Potem na przeprosiny nie było już czasu. Głos odzyskałam dopiero rano budząc się w jego łóżku obok niego...

***

Co powinien czuć człowiek rano po upojnej nocy z kochankiem? Miałby mieć wyrzuty sumienia za zdradę? Miałby szukać wymówki, winnego, alibi?
Może to śmieszne ale ja pomyślałam o swojej pracy. Jak teraz będzie wyglądać nasza współpraca? Czy będzie umiał zachowywać się jak szef i zapomnieć o naszej nocy?
Czy będzie mnie traktować jak jedną z tych panienek które dla kariery idą do łózka z szefem? Czego będzie oczekiwać? A czego oczekuję ja?

Czym dla mnie była tamta pierwsza noc? Nie uznałabym jej za błąd. Była chwilą słabości. Tęsknotą za bliskością ciał, pieszczotą. Nie była intrygą jak uwieść szefa, bo to że padło na niego było przypadkiem. Równie dobrze mógłby być to każdy inny przystojny facet. Starałam się ocenić trzeźwo sytuacje. Czego oczekiwałam? Tylko dyskrecji...

Kiedy zauważył że się obudziłam uśmiechnął się. Był to jeden z najpiękniejszych uśmiechów jakie znał. Nigdy nie widziałam albo też nie chciałam zauważyć że jest w tym uśmiechu tyle seksowności...
Przyglądając się mojej twarzy odgarnął z niej kosmyk niesfornych po nocy włosów i zawinął za ucho. I  nagle przestał się uśmiechać.
- Musimy porozmawiać. - szepnął - Mamy sobie coś do wyjaśnienia. - znowu zaczął się uśmiechać.
To był inny uśmiech ale równie piękny jak ten poprzedni. Kim tak na prawdę był ten człowiek. Czy wiedziałam o nim coś więcej oprócz tego że jest moim szefem, że jest dobry w tym co robi, że ma psa, i dobrze się ubiera? Czy już wcześniej zauważyłam że jest całkiem przystojny i pociągający?
Powoli podniosłam się i usiadłam na łóżku...


***

Czy bałam się co ma mi do powiedzenia? Raczej nie. Czy wiedziałam co mam mu ja do powiedzenia? Raczej tak.
Nic od niego nie oczekiwałam. Nic nie chciałam. Ale nie miałam mu też co zaoferować. Po prostu przespaliśmy się. Robiliśmy to co robią setki ludzi takich jak my. Problemem było tylko to że on był moim szefem i że za parę godzin mieliśmy wrócić do swoich obowiązków... Czy myślał podobnie?
- Chodzi o to co się wydarzyło... - zaczął nieśmiale. Zawsze był taki pewny siebie. Chyba nie często jednak sypiał z podwładnymi, nie często przeprowadzał takie rozmowy. Czy myślał że może nie pierwszy raz jestem w takiej sytuacji?
- A co się wydarzyło? - postanowiłam go wyręczyć.
- Chyba wczorajszy wieczór wymknął nam się spod kontroli. Widzisz...
- Widzę tylko to co jest. - chyba go trochę zaskoczyłam tą odpowiedzią.
- To znaczy? - zapytał zdziwiony. Chyba bał się usłyszeć odpowiedzi. - Nie powinniśmy chyba do tego dopuścić...
- Do czego? Przecież oboje tego chcieliśmy. - przerwałam mu ale chyba nie tej odpowiedzi oczekiwał, przestał się już tak pięknie uśmiechać. - Zrobiliśmy to co setki ludzi na naszym miejscu tez by zrobiło. Poszliśmy do łóżka bo każdemu już chyba dawno brakowało seksu. Noc się skończyła. Skończył się i temat. Jak dla mnie nie ma o czym rozmawiać.
Popatrzył na mnie podejrzliwie, jakby chciał się doszukać w moich słowach czegoś więcej.
- Nie chciałbym abyś sobie pomyślała że Ci wykorzystałem. -próbował chyba się wytłumaczyć. Trochę mnie wkurzył myśląc że sobie coś będę wyobrażać, dopisywać do tego.
- A może myślisz że to ja wykorzystałam Ciebie? Spodziewasz się pewnie że będę teraz oczekiwać od Ciebie jakiś deklaracji, zmian. - zabrzmiało to trochę za ostro. Ta rozmowa nie okazała się tak łatwa jak myślałam. Odsunął się trochę na łóżku. Usiadł trochę sztywniej.
- Chyba źle mnie zrozumiałaś. Nie to chciałem powiedzieć...
- A ja myślę że tu nie ma o czym rozmawiać. - przerwałam mu z zdecydowanie. - Marcinie, ja naprawdę nic nie oczekuje. I tak samo nie mam ci nic do zaoferowania. Ta noc był cudowna ale nic dla mnie nie znaczyła. Zwyczajnie nie chcę o niej rozmawiać. - starałam się to powiedzieć jak najbardziej jasno. Zaczęła mi na nerwy działać ta rozmowa. Owinęłam się jedną z kołder i wstałam z łóżka. - Musimy się pospieszyć bo o 9 mamy spotkanie z panem Kocmundem.
Zaczęłam zbierać swoje rzeczy po pokoju. Przez chwilę przyglądał mi się uważnie. Jakby nie dotarło do niego to co powiedziała. Zdenerwowałam się nie na żarty.
- Marta, poczekaj... - spróbował mnie zatrzymać, ale już zamknęłam się za drzwiami łazienki.
Spojrzałam w lustro. Nie spodziewałam się kłopotów. Nie po nim. Nie wydawał mi się człowiekiem który oczekiwałby czegoś więcej po takiej nocy. Ubrałam się szybko i otworzyłam drzwi.
Stał przy łóżku w samych bokserkach. Zadziwiające jak wiele może ukryć garnitur. Miał piękne ciało. Przypomniało mi się jak blisko mogłam je oceniać w nocy...
- Marta... - zaczął spokojnie.- Porozmawiajmy.
- Naprawdę przepraszam jeśli ci rozczarowałam. Nie chciałam żebyś oczekiwał czegokolwiek po tej nocy. Mam nadzieje że nie będzie ci to przeszkadzać w naszej współpracy. - powiedziałam może odrobinę za szybko. Chciałam to już skończyć.
- Cholera, tu nie chodzi o mnie. Chodzi mi o Ciebie. - krzyknął. Chyba też miał już dość pogawędki.
-Jeśli chodzi o mnie to naprawdę nie ma sprawy...
- A co z Twoim facetem? - wypalił z siebie.
- Pozwól że to sama sobie załatwię. Znalazłam buty i otworzyłam drzwi na korytarz.
- Przepraszam Marto, nie chciałem... - powiedział mi na odchodne.
- Do niczego Cie nie zmuszałam. Zresztą wydawało mi się że sam chciałeś. Chyba się nie myliłam? - spytałam ze złością i zamknęłam za sobą drzwi zostawiając go wściekłego.

***

Czy los zawsze płata figle? Jak często musimy płacić za swoje błędy? I czy na prawdę ta noc była błędem? Ciężko mi było tak o niej myśleć. Nie żałowałam tego co się stało. Chwil w jego ramionach. Czy teraz miałabym zacząć tego żałować? Czy nie umiał podejść do tego jak do nocy z każdą inną kobietą? Czy tak bardzo będzie mu to przeszkadzać w naszej pracy?
Nauczyłam się że najlepszym lekiem na zapomnienie choć chwile o problemach jest praca. Chciałam jak najszybciej zapomnieć o tej nocy i wrócić do swoich codziennych zadań.
Biorąc prysznic usłyszałam znajomy dźwięk swojego telefonu. Jeden. Drugi. Nagle woda  okazała się bardziej gorąca. To Daniel pisał. Na pewno. To jego zwykła pora porannych sms-ów. Nie chcę mu nic o tym mówić... Ta noc na prawdę nic dla mnie nie znaczyła. Potrzebowałam seksu, bliskości drugiego człowieka i nadarzyła się chwila słabości.
Wyszłam spod prysznica i znalazłam swój telefon.
Daniel: "Pewnie już wstałaś. :) Ja też zaraz wychodzę do pracy. Mamy dziś sesje zdjęciową dla tej firmy z jogurtami. Miłego dnia życzę. D. Tęsknie za Tobą w łóżku. Wracaj szybko. Kocham Cie"
Uśmiechnęłam się instynktownie myśląc o nim.
Drugi SMS: Marcin: "Spotkajmy się na śniadaniu. Przepraszam. Naprawde źle mnie zrozumiałaś. Zapomnijmy o wszystkim jeśli chcesz."
Zrozumiał?..
Mam nadzieje że wszystko wróci do normy.
Czy jest to możliwe?

***

Czy naprawdę jestem taką suką? Kogo miałoby mi być żal? Tego kogo zdradzam czy tego kogo do zdrady wykorzystałam?
To co czułam schodząc na dół na śniadanie to złość. Siedział tam przy stole z miną człowieka który popełnił najgorszy błąd w życiu. Człowieka który naprawdę żałuje tej nocy.
Chyba żadna kobieta na moim miejscu nie byłaby szczęśliwa. Żadna nie chciałaby zobaczyć w oczach kochanka rozczarowania. Obojętnie czy jest to rozczarowanie do siebie czy do niej...
Kiedy mnie zobaczył uśmiechnął się nieśmiało.
- Witaj Marto - Powiedział tym samym tonem co każdego dnia kiedy się spotykaliśmy tu na śniadaniu albo rano w pracy.
- Cześć - przywitałam się również. - Mamy mało czasu. Bo o 9 będzie tu en facet z agencji.
- Rozumiem że wszystko mamy przygotowane... - spojrzał na mnie tym samym wzrokiem co każdego dnia, wiedział że wszystko mamy zapięte na ostatni guzik i było to raczej retoryczne stwierdzenie.
- Oczywiście. Będą mile zaskoczeni naszym projektem. Sukces mamy gwarantowany.- uśmiechnęłam się bardziej do siebie niż do niego. Uwielbiałam odnosić sukcesy. To dlatego tak lubiłam swoją prace. Zawsze znalazłam w niej wyższą poprzeczkę.
- Z Tobą sukces zawsze jest gwarantowany. - powiedział zwyczajnym tonem z tym swoim cholernie seksownym uśmiechem. Tyle razy słyszałam to zdanie pełne szczerej pochwały ale wtedy mój uśmiech zwyczajnie zgasł. Przyglądałam mu się uważnie i starałam się znaleśc tam jakiś podtekst. Czyżbym zaczęła popadac w paranoje?
- Pewnie że tak. - odpowiedziałam ze służbowym, trochę wymuszonym uśmiechem. Wyczuł w niem ironie?
Jedliśmy w spokoju, starając się rozmawiac o pierdołach pomijając zarazem słowa "łóżko" i "wczorajsza noc".
- Powinniśmy się naprawdę pospieszyc. Zaraz powinni tu byc. - Ponaglałam go dopijając w pośpiechu swoją kawę.
Sięgneliśmy po karty do pokoju w tym samym momencie. Nasze dłonie się spotkały. Cholera. A miało byc w porządku. Spojrzeliśmy to na nie to na siebie. Popatrzył mi w oczy tak jak wczoraj. Tylko nie to pomyślałam. Wczoraj tak bardzo mnie owładneło to spojrzenie że nie pomyślałam o konsekwencjach. A może się ich nie spodziewałam?
- Maju, może jednak skończymy naszą rozmowe? - powiedział
- Dla mnie jest ona skończona. - odparłam szybko. Problemy, problemy, problemy.-Przecież to był tylko seks. Przestań to rozstrzącac do cholery. - tym razem już napewno poczuł złośc.
-Dobry den, jak se mate? - usłyszeliśmy za sobą znajome już głosy naszych klientów. Szybko póścił moją rękę. Mieliśmy choc przez chwile nie wracac do tego tematu.

***

Czy człowiek rodzi się z silną wolą? Czy musi ją w sobie wypracować? Czy to silna wola decyduje o związkach i wierności?
Cały dzień pracowaliśmy. Od klienta do klienta, od spotkania do spotkania. Projekty, kontrakty. Standardowa praca. Wbrew temu co myślałam rano wczorajsza noc w żaden sposób nie odbiła się na naszej pracy. Może nawet bardziej nas zmotywowała do cięższej i skrupulatniejszej pracy. Chyba każde z nas wolało się skupić na swoich obowiązkach żeby przypadkiem nie poruszać tematu wczorajszej słabości.
Wieczorem byliśmy umówienia na kolację z jednym z klientów z którym współpracowaliśmy od kilku miesięcy. Moja znajomość czeskiego pomogła nam zwiększyć ilość zamówień realizowanych dla niego przez naszą firmę. Pan Svoboda miał najwyraźniej słabość do pięknych kobiet i akceptował każdy projekt który mu przedstawiałam bez najmniejszych zastrzeżeń.
Kolacja była w jednej z restauracji której był współwłaścicielem. Pojechaliśmy jednym autem, całą drogę omawiając plan jutrzejszego dnia. Svoboda już na nas czekał w gronie swoich udziałowców.
- Miło was widzieć - przywitała się już z daleka. - Panie Marcinie gratuluje. - zaczął sprawiać problemy już na początku.
- A czego jeśli można wiedzieć? - spytał Marcin z uśmiechem
- Oczywiście że koleżanki Marty. Nie jeden z nas dałyby wiele żeby mieć tak piękną i utalentowaną kobietę u swego boku w firmie. - powiedział rozbawiony naszym zaskoczeniem.
- Nie wątpię. Moja asystentka to prawdziwy skarb. - odparł trochę speszony Marcin.
- Ja na twoim miejscu bałbym się ją puszczać do domu, żeby przypadkiem ten jej narzeczony nie zamknął jej tam i już więcej nie puścił do pracy. Ja na jego miejscu bym tak zrobił Martuś. - powiedział rozbawiony swoim małym żartem Svoboda.
- Pomyśle nad tym. - odparł niezwykle sztucznym tonem Marcin.
Głupio się jednak poczułam. Jak by to były aluzje.
Czy był to normalny scenariusz naszych rozmów z klientami czy wyjątkowo dziś wydawało mi się że wszyscy wyczuwają napięcie między nami.
Reszta wieczoru upłynęła już przy normalnych przy tego typu spotkaniach rozmowach. Wracając do hotelu już nie rozmawialiśmy. Ja próbowałam się skupić na muzyce i widokach pięknej Pragi, on wyraźnie na kierowaniu.

***
Jedna noc... Nic w porównaniu z miesiącami czy rokami. Jedna decyzja... Nic w porównaniu z priorytetami które już kiedyś sobie ustaliliśmy. Jedna chwila i zmienia tak wiele... Efekt motyla...
Zmęczeni niemą drogą powrotną skierowaliśmy się prosto do swoich pokoi. Nikt nie miał z nas ani ochoty ani odwagi zaproponować wspólnego drinka czy kawę jak kiedyś, jak wczoraj...
W windzie zaczęła się we mnie zbierać złość. Nie po to tyle miesięcy walczyłam z jego niechęcią do mnie jako kobiety równej mu w interesach by teraz to wszystko zmarnować.
Czy jedna pochopna decyzja miała zburzyć układ przyjacielskich stosunków jakie mieliśmy do tej pory w pracy? Chociaż stosunki to teraz dwuznaczne słowo jeśli chodzi o nasze kontakty...
Przy drzwiach postanowiłam zareagować. Powiedzieć co myślę i podjąć jakąś decyzję. Może jeśli nie potrafi ze mną już normalnie rozmawiać, pomoże mi chociaż załatwić mi przeniesienie do innego działu. Cholera, znowu będę musiała budować wszystko od początku. Zrobiłam się jeszcze bardziej zła.
- Marcin, poczekaj... - zatrzymałam go przy drzwiach. - Chce Ci o coś poprosić.
- Słucham. -  spojrzał na mnie w końcu. Tym samym wzrokiem co wczoraj w windzie. Nie tym co zawsze służbowym. Nie tym samym co wtedy kiedy żartowaliśmy sobie razem z klientów. Nie tym rozczarowanym czy z poczuciem winy co dziś rano. Bylo w tym wzroku coś więcej... Jakiś błysk który wczoraj skłonił mnie do przerwania jego przeprosin za pocałunek z baru. Który przelał falę tęsknoty za męskim dotykiem. To przez ten wzrok pozwoliłam mu wczoraj zaspokoić mój seksualny głód.
Musiałam się przemóc żeby nie myśleć o wczorajszej nocy. Dopiero teraz uświadomiłam sobie jak dobrze mi z nim było wczoraj. Już chyba wiedziałam dlaczego nie żałowałam wczorajszych decyzji. Ale przypomniałam sobie zaraz potem dzisiejszy feralny poranek. Znowu ogarnęła mnie złość.
- Jesteśmy dorośli. Może to co wczoraj zrobiliśmy było głupie i nieodpowiedzialne ale jeszcze głupsze jest to nasze milczenie...
- Wiem, przepraszam...  - przerwał mi.
- Przestań mnie do cholery przepraszać. Może to ja powinnam przeprosić ciebie?- warknęłam zła. Wkurzałam mnie cała ta sytuacja. - Jesteśmy dorośli. Poniosło nas i już za późno na przeprosiny. Chcę po prostu normalnie pracować. Ale rozumiem że ciężko ci się będzie ze mną współpracować, może...
- Marta, to nie o tak. Ja... - zaczął ale tym razem to ja mu przerwałam.
-Mam propozycję. Czeski oddział już prawie przygotowaliśmy. Zostało tylko kilka projektów. Jeśli mi pomożesz szybko się uwiniemy i zamienię się z Zuzą. Ona też zna czeski więc nie będzie problemów...
- Jak zamienisz się z Zuzą? - spytał ze złością w głosie. Chyba nie spodziewał się że mnie wyrzuci? Zarząd by mu na to nie pozwoli, byłam za dobra w tym co robię aby pozwolili mu się mnie pozbyć.
- Skończyłam już wszystkie projekty, trzeba je tylko przedstawić. Markowskiemu nie będzie to przeszkadzać, tym bardziej że znam kilkoro ludzi którzy pomogą mu z tymi hipermarketami. Musisz mi tylko pomóc z tym przeniesieniem, jak wrócimy do Polski.
- Nie pomogę Ci w żadnym przeniesieniu. -wycedził przez zęby. Tego już było za wiele. Jeśli myślał że się mnie tak łatwo mnie zwolni to był w błędzie. Nie po to pracowałam tyle miesięcy żeby teraz przez głupią noc stracić pracę. Nie jestem jedną z tych głupich panienek które przeleciał i się ich pozbył.
- Nie wyrzucisz mnie i sama nie odejdę więc jest to najlepsze rozwiązanie.- nie mogłam już opanować gniewu, ryknęłam. - Rozumiem że jak się ze mną przespałeś to myślisz...
- Skąd ty wiesz co ja myślę jak mi nie pozwalasz dojść do słowa. Nie pozwolę ci odejść do Markowskiego. - on też już był wkurzony.
- To będziesz musiał mnie znosić! - syknęłam z gniewem
- I wcale mi to nie przeszkadza do cholery! - zdziwiła mnie tym. To już była awantura. Był wzburzony, ja zresztą tez. Ktoś kto to widział miał niezłe przedstawienie.
Zbliżył się do mnie i dotknął mojego policzka
- Nawet odwrotnie. Bardzo mi to odpowiada. - powiedział już spokojnie - Możesz to uznać za molestowanie ale zamierzam Ci to udowodnić. - to mówiąc zaczął mnie całować...
 

***
Czy zdrada zabija czystość związków? Czy można się uzależnić od zbrodni? I czy w samej zbrodni można odnaleść coś czystego?
Nie sprzeciwiałam się kiedy mnie pocałował, bo byłam zdziwiona jego reakcją.  Tego na pewno się nie spodziewałam jak zaczynałam tą rozmowę...  Nie sprzeciwiałam się kiedy całując przyciskał mnie do siebie, bo nie byłam pewna czy też tego chcę... Nie sprzeciwiałam się kiedy wziął mnie na ręce i zaniósł do łóżka, bo zajęta byłam zdejmowaniem z niego koszuli...
Początkowo gdzieś we mnie tlił się jeszcze głos "co ja najlepszego znowu robię, jutro będzie tak samo" ale potem nie mogłam się już skoncentrować na niczym innym oprócz jego ciała. Całował mnie z jeszcze większą pasją jak wczoraj. Bardziej władczo, jakby rzeczywiście chciał mi coś udowodnić... Nie zaprzeczam, oddawałam mu to z nawiązką...
Nie chciałam, nie potrafiłam jemu odmówić. Wyjść z tego pokoju i położyć kres tej opery mydlanej z naszym udziałem. Ale nie zrobiłam tego... Nie potrafiłam sobie odmówić JEGO...
Kochaliśmy się w ciszy, bez słów pieszczot jakby świadomi że właśnie otworzyliśmy nowe drzwi naszej znajomości. Byliśmy tej nocy zachłanni siebie. Wiedzieliśmy że z nadejściem ranka nic więcej nie będziemy mogli sobie zaoferować...

***

Czy dotyk może boleć? Zdecydowanie... Szczególnie ten upragniony... Do bólu...
Tej nocy czułam na swoim ciele jego dłonie wszędzie. Jakbyśmy chcieli się nauczyć, zapamiętać każdy fragment swojego ciała. Nikt nic nie mówił. Słowa były zbędne. Liczyły się tylko nasze ciała.
Obudziło mnie słońce wpadające przez otwarte okno. Jeszcze spał. Jego twarz była spokojna, ale zarazem tak władcza... Tyle razy każdego dnia na niego patrzyłam ale nigdy nie widziałam go tak na prawdę. Było w nim coś wyjątkowego... Coś złego i pięknego zarazem.
Czemu akurat on? Jeszcze wczoraj myślałam że to dlatego że potrzebowałam seksu, czułości, pieszczoty... Dziś sama już nie wiem czy to rzeczywiście to. Jak mam uzasadnić dzisiejszą noc?
Przecież nic nie muszę nic uzasadniać! Zaczynam głupieć. Po prostu robię to na co mam ochotę jak zawsze. A że pierwszy raz zdradzam D? Przecież on z tymi swoimi modeleczkami wcale nie jest lepszy.
Przynajmniej miałam przyjemną noc.
Idąc do łazienki jeszcze raz spojrzałam jak słodko i spokojnie śpi. Można by powiedzieć że to nie ten sam człowiek z którym pracuje każdego dnia.
Odkręciłam kurek i pozwoliłam by chłodna woda spłynęła jeszcze rozpalonej jego pocałunkami skórze. Moje ciało reagowało na niego wyjątkowo czule. Mało który facet był w stanie rozpalić w nim taki ogień. Jeszcze teraz czułam jego dotyk.
Tylko D tak jeszcze potrafił. Może dlatego jeszcze z nim byłam... Dla tego co umiał zrobić z moim ciałem.
Poczułam zimne powietrze wpadające przez otwarte drzwi kabiny. Zanim zdążyłam się odwrócić był już w środku.
- Stęskniłem się za Tobą. - powiedział zaspanym jeszcze głosem.
- Już zdarzyłeś? - odpowiedziałam z uśmiechem. Znowu nie mogłam oderwać oczu od jego umięśnionej torsu.
- Myślałem że mi znowu uciekłaś... - stal tak blisko mnie. Wziął moją rękę i położył sobie na piersi. Drugą przyłożył sobie do ust.
- To cie zaskoczyłam, prawda?
- Zaskoczyłaś i to miło...- jego usta już były moimi...

***
"Medal zawsze ma dwie strony" mawiała moja babcia. Miłość też je ma. A czy wierność? Czy jest możliwe aby każdy interpretował ją inaczej? Czy można ją inaczej interpretować?
Za godzinę mam się spotkać z Simonom. Simona to nasza specjalistka od reklamy medialnej. Planuje, wymyśla, realizuje i pilnuje naszej reklamy w telewizji, gazetach i bilbordach.
Simona ma męża i dwójkę dzieci. Ciężko pracuje osiem godzin by potem na skrzydłach biec do ukochanej rodzinki.
Czy ja też bym tak potrafiła? Być wierną żoną, Kochającą matką i Oddaną kochanką?
Na teraz najlepiej wychodzi mi rola kochanki. Chociaż to właściwie ja mam kochanka.
Układ okazuje się idealny. Zadziwiająco idealny. Ukochany narzeczony i kochanek szef. Czy jestem kochanką wykorzystywaną przez szefa?
Raczej to ja wykorzystuję jego. Chociaż ciężko mi znaleźć element wykorzystywania. Robimy po prostu to co nam obojgu odpowiada. Jak długo jeszcze?
Wczoraj wieczorem, kiedy leżeliśmy w łóżku w jego wielkim pustym mieszkaniu, w jedną z tych coraz częściejszych nocy kiedy mój super narzeczony był w podróży służbowej Marcin powiedział:
- Ciekawe jakby to było gdybyśmy naprawdę byli razem?
- Co? - odparłam zdziwiona
- Czy potrafiłabyś być mi wierna?
- Mogłabym zadać teraz takie samo pytanie. - opowiedziałam z uśmiechem.
- Wiesz, czasem mam wrażenie że zachowujemy się po części jak para. Razem śpimy, jemy, pracujemy, robimy zakupy... Co nas może różnić od innych par?
Zdziwiła mnie ta rozmowa. Skąd u niego takie pytania? Po co się nad tym zastanawiać? Jeśli cokolwiek zmienimy w naszych relacjach, to juz nie będzie ta magia, którą mamy tu i teraz.
- Różni nas tylko to że ja mam narzeczonego. Taki mały szczegół. - czy przypadkiem nie za dużo tego sarkazmu w moim głosie, pomyślałam.
- Masz rację, tylko to - opowiedział dziwnym głosem.
- Marcin, wydawało mi się że co do tej kwestii jesteśmy zgodni... - zaczęłam ale mi przerwał
- Jesteśmy. Tak tylko gdybałem. Przecież jestem facetem idealnym, kto by takiego chciał. - powiedział z uśmiechem i zaczął mnie całować.
Czy jednak był to ten sam zawadiacki uśmiech co zawsze? Może tylko mi się wydawało że błysnął mi w nim jakiś dziwny blask.

***

sobota, 30 stycznia 2010

***

***
Siedzisz obok mnie 
pijesz piwo i palisz papierosa.
Patrzysz przed siebie obojętnym wzrokiem.

Milczysz.
Nie ma Cię obok, 
Nie jesteś myślą przy mnie.

Jesteś we mnie.
W każdym niewypowiedzianym słowie. 
W każdej myśli, która płynie.

Penetrujesz mnie od środka, 
a ja upajam się tą zewnętrzną ciszą.

Każde słowo jest tu zbędne. 
Każda myśl jest tu profanacją.
Każdy fizyczny dźwięk zbrodnią. 

To coś więcej niż metafizyka.
Coś więcej niż magia.

To przyjaźń
jedność
życie

Nasz cud.

Dla mojej kochanej Jusi.
Kontynuuje mój dzień doceniania skarbów jakie posiadam. Jeden z największych to ona. Oddana, jedyna, niezawodna tyle lat...

wszystko

Człowiek istota słaba, ale wymagająca.
Zawsze chce tego czego nie ma lub mieć nie może.
Ten kto ma kręcone włosy, chce mieć proste i na odwrót. Jeśli jest biedny chciałby być bogaty. Jak ma pieniądze chciałby się od nich trochę uwolnić.
Chcemy mieć 18 lat, jak mamy chcemy zataić wiek. Chcemy mieć męża, jak mamy, romansy nam w głowach.
Itp. Itd, Etc.
W czym jest nasz problem?
Może w tym, że czasem nie doceniamy, tego jak wiele w rzeczywistości posiadamy. Czasem gonimy za czymś, a okazuje się że tak naprawdę to jest obok, stoi przy nas.
Nagle dowiadujemy się że to o co tyle czasu walczyliśmy, to czego tak długo szukaliśmy, nie spełnia naszych oczekiwań. Że to jednak nie to... Że dobrze nam było z tym co mieliśmy.
Dziś będę się cieszyć tym co mam.
Zdrowiem, miłością, praca którą kocham, moimi nieprzystosowalnymi włosami, krzywymi nogami, cellulitem na tyłku, psem co utyka na jedną nogę, autem które jeszcze zipie, paznokciami które wczoraj obgryzłam, kwiatkiem który wczoraj zakwitł w oknie i przyjaciółmi co to daleko ale jednak.
Nie blokuję marzeń, celów... Po prostu dziś docenię jak wiele mam. I dlaczego nie chcę tego stracić. 
Polubię rachunki, przypomną mi że jeszcze ktoś oprócz hypermarketów o mnie pamięta. 
Polubię śnieg za oknem. Przypomnę sobie jak się pociłam w wakacje.
Przestanę tęsknić za polskim chlebem. Inni nawet tego nie mają. 
Polubię swoje dodatkowe kilogramy. Ponoć dzięki tłuszczowi nie będzie mi tak zimno.
Polubię i pokocham wszystko co mam. Choć dziś. Choć na jeden dzień. 

Jak tak teraz liczę...
...to przecież mam tak wiele...

"Modlitwa" - autor nieznany

Prosiłem Boga o danie mi mocy do osiągnięcia powodzenia
- uczynił mnie... słabym abym nauczył się pokornego posłuszeństwa.
 Prosiłem o zdrowie dla dokonania wielkich czynów
- dał mi kalectwo, ażebym robił rzeczy lepsze.
Prosiłem o bogactwo, abym mógł być szczęśliwy
- dał mi ubóstwo, żebym był rozumny.
Prosiłem o władzę, żeby mnie ludzie cenili
- dał mi niemoc, ażebym odczuwał potrzebę Boga.
Prosiłem o towarzysza, aby nie żyć samotnie
- dał mi serce, abym mógł kochać wszystkich braci.
Prosiłem o radość 
- a otrzymałem życie, aby móc cieszyć się wszystkim.
Niczego nie otrzymałem, o co prosiłem
- ale dostałem wszystko to czego się spodziewałem.
Prawie na przekór sobie
- moje modlitwy nie sformułowane, zostały wysłuchane.
JESTEM SPOŚRÓD WSZYSTKICH LUDZI NAJHOJNIEJ OBDAROWANY. 

piątek, 29 stycznia 2010

Smutne!

Ci co nie chcą się smucić wypraszam! I przepraszam...

Przed chwilą się dowiedziałam...

Czasem jak piszę wierszę, pożyczam emocje, uczucia.
Jak perfumy. Pachnę potem przez chwilę tak jak właściciel, ale jednak inaczej. Ponoć to zależne od PH skóry. Moja skóra jest inna...

Kiedyś pożyczyłam coś i nie wiem czy to dobrze że oddałam...
Dziś pożyczkodawcy nie ma...

Czuję się winna...

Wspomniana pożyczka...

"Wstyd"

spoglądam na swoje ślady
na przegubie nadgarstków
i przypomina mi się
jaka byłam głupia

- tnie się pionowo
a nie poziomo

Chowam swoje blizny
pod długim rękawem
żeby nikt nie widział

- po co mają się ze mnie śmiać
że nawet tego nie potrafię

coraz lepiej udaję że żyję
opanowałam do perfekcji
grę na rodzinnej scenie
nawet zdarza mi się uśmiechać

czasem też udaje mi się
budząc się rano
nie płakać
że znowu się obudziłam

chodzę czasem na grób
i ekshumuję swoje życie

odkopuję schowane moje szczątki
- nóż którym nie umiałam się pociąć
- opakowanie po tabletkach które zwymiotowałam
- sznurek którego nie miałam gdzie powiesić
i rozkład jazdy pociągów przed który spóźniłam się rzucić

modlę się
by przebaczyły mi
że je zdradziłam

że żyję


Przepraszam...

ona cz.1


Kiedyś lubiła patrzeć ludziom w oczy. Przestała, kiedy sama nauczył się nie okazywać nimi emocji i uczuć. Wtedy przestała też nosić okulary przeciwsłoneczne. Z czasem uczyniła z tego narządu skuteczną broń w nieustannej walce jaką było dla niej życie.
Potrafiła speszyć każdą rozmówczynię zdecydowanym, pewnym siebie wzrokiem; każdego mężczyznę uwieść kokieteryjnym spojrzeniem; każdego owinąć wokół palca mrugnięciem starannie wytuszowanych rzęs.
Wiedziała że jej atutem byłą łatwość zjednania sobie mężczyzn. Przyjaźniła się z nimi, kokietowała, dopieszczała ich męskie ego, pozwalając im od czasu do czasu opiekować się sobą; sprytnie trzymała ich na smyczy szacunku i podziwu dla niej.
Przez te lata zdążyła poznać naturę facetów. Wiedziała, że takie jak ona fascynują ich, intrygują pociągają jak magnes. Wyzwolona, niezależna, pewna siebie i swojej wartości, była zawsze otoczona wianuszkiem mężczyzn, którym wyznaczała rolę w jej życiu.
Dystans na jaki ich trzymała sprawiał tylko, że jaszcze bardziej ich pociągała. Chęć zdobycia tej niezdobytej rzucał ich do jej stóp. Każdy miły gest, cieplejsze słowo, sprawiało iż czuli się wyróżnieni wśród grona rywali. Walczyli wręcz o jej względy...
Sprytnie jednak wyznaczała im i sobie granice tej znajomości.
Wiedziała, że te relacje dają jej przewagę, szczególnie nad kobietami. Były zazdrosne o te układy, a zazdrość je gubiła. Zresztą, jak każde uczucie, dlatego starała się ich wystrzegać – i kobiet i uczuć.
Nigdy też nie przyjaźniła się z kobietami. Przez ten czas zdążyła zrozumieć, że są zakłamane i zawistne, władają nimi skomplikowane a zarazem prostackie emocje.
Wolała mężczyzn. Zresztą to kim była i jaka była nie wpływał zbyt pozytywnie na jej popularność wśród płci żeńskiej.
Zawsze zdecydowana, stanowcza, pewna wytyczonego celu, dobrze wiedziała, że połowa sukcesu to świadomość że i tak go osiągnie. Reszta to tylko parcie przed siebie. Przed siebie, zawsze prosto, bez omijania przeszkód, bez względu czy z górki czy pod nią, po kamieniach, w wodzie, czy po maśle,pieszo czy transportem, dolinami czy górami. Byleby tylko przed siebie.
Choć dziwnym trafem zawsze była górą.
Nigdy się nie cofała. Wytrwale, stanowcze, konsekwentne, niemal wykwintne i wyrafinowane, dopracowane w każdym szczególe i akcie działanie.
Dla niej liczył się tylko efekt. To jak z jedzeniem: nie wystarcz się najeść. Trzeba dobrze przygotować, dobrze przyprawić, dobrze zjeść, dobrze wspominać i nie mieć zgagi. Wyrzuty wspomnienia są bowiem żałosne, niepotrzebne, wyimaginowane, stworzone na potrzeby miękkich, „dobrych” ludzi, by mogli napawać się przywilejem „czystego sumienia” i identyfikatorem „dobry”. Były jej obce: i „dobrzy ludzie” i wyrzuty sumienia. Jak fikcja literacka w tanim romansidle Boga.
Nie lubiła uśmiechów. Może dlatego rzadko się uśmiechała. Uważała go za zbędny dodatek. Jak tandetne, przereklamowane kolczyki, które znoszone „świątek-piątek” pozornie zdobiły pół miasta. Wolała dystyngowaną prostotę tajemniczych ust. Zresztą ten wdzięczny dźwiękowy instrument wykorzystywała w innym celu: jako magiczny, wyszminkowany blask warg broszki czy seksowny dźwięk naręcza bransolet ze słów.
Lubiła zwierzenia. Zwierzenia innych ludzi. Była jak znajoma pani psycholog, której nie płaci się gotówką, bo jej gabinet jest zbyt renomowany na prostackie banknoty.
Ci jej potencjalni pacjenci, dziwnie jej ufali. Od zwykłej rozmowy o interesach przechodzili do najbardziej intymnych szczegółów, do których wielu z nich, pierwszy raz w życiu się przyznało, nawet przed samym sobą. Tak jakby sami odgryzali sobie łapę by jej ją podarować i otrzymać nią cios w mordę.
A ona zawsze zostawiała zadrapania. Prawdziwa kobieta z pazurem, którzy oni sami piłowali.
Banalnych, nieprzydatnych rozmów o pogodzie czy „dupie-marynie”, podobnych do suchych, słonych paluszków jedzonych dla zabicia czasu, nie prowadziła. Nie jadła też krakersów o smaku najnowszych kosmetyków, plotek ze świat show-biznesu czy nowej sukienki Jolki, którymi częstowały ją przelotnie znane samice. One tyły od tych pierdół powietrzem. Próżne matrony i ich kółko krawieckie pod przykrywką którego grubymi nićmi intrygi wbijały szpile i przyklejały przyjaciółkom łatki do ich przyciasnych ale modnych sukienek. A stężone głupotą powietrze nie uchodziło dziurami niewiedzy – zmodyfikowane insekty.
Zawsze w ich oczach widziała jak przez pustaki budowy ruiny zdewastowanych fundamentów kobiety. I nawet żal jej było ich żałowania.
Była tajemnicą. Zagadką, która im bliżej byłeś rozwiązania tym bardziej się wikłała.
Wydawała się spontaniczna, jednak tylko ona wiedziała że większość jej decyzji, prawie każdy gest i słowo, były gruntownie przemyślane. Impulsywność przypisywała bowiem uczuciowej stronie natury człowieka. Ona stawiała na rozum w tej trudnej rozgrywce jaką było życie.
Sprawiała wrażenie twardej, silnej i samowystarczalnej. Sama zresztą dbała o ten wizerunek. Tyle lat go pieczołowicie tworzyła.
Od tego dnia jak odszedł... Jak zostawił ją głupią kobietkę z bagażem wspomnień w szafie. Z pękniętym na miliony kawałków sercem...
Nie miała już sił go zbierać i lepić jak filiżanki z urwanym uchem. Więc tylko je wyrzuciła. Pozamiatała jak zamiata się na podwórku. Chciała wyrzucić wszystko co przypominało by mu jego, wszystko co było jego. A ona była przecież cała jego.
Dlatego ją wyrzuciła. I tak nie mogła być taka jak „sprzed niego”. Stworzyła więc nową JĄ. Tą silna i twardą sukę, bez uczuć. Bo jak się nie ma uczuć to nikt nie może ich zranić. Czyż nie tak? Dlatego powstała ONA. I długo nią była. Do czasu niestety aż...

czwartek, 28 stycznia 2010

dobre ręce


Właśnie przeglądałam blogi które podglądam tu już regularnie i Ida przypomniała mi jedna historię z życia wziętą.
W mojej rodzinie kobiety słyną z tego nie za bardzo ten tego z kobietami dogadać się umieją. Bo kobiety to problematyczne są, a z facetem to i szybciej do wszystkiego dojdziecie.

To mała dygresja: cytat z jakiegoś filmu: "spieszmy się kochać mężczyzn, tak szybko dochodzą".


Więc wracając do mężczyzn, z nimi nam idzie zdecydowanie łatwiej. Może dlatego tak mało koleżanek w domu u nas przesiadywało, tylko cały czas włóczyły się za nami chłopaki a my za chłopakami. Nawet najlepszy przyjaciel mój to też chłop, pomijając tylko moją Jusię, ale ona to też za facetami na tak jest, a w sercu mym i życiu to całkiem inna lożę ma zarezerwowaną.
Ale do tematu: moja szacowna kuzynka, gronem swoich przyjaciół (czyt. mężczyzn) doprowadzała do szału swojego lubego. Pańska furia go dopadała jak dzwonili cie jej koledzy, a ona cierpliwie pomagała w problemach czy zwyczajnie wyciągała lubego na piwko z jej kolegami.
Pewnego razu nie wytrzymał i postanowił się zemścić. Zemsta ponoć słodka, w tym wypadku miała posmak koziego mleka.
Dlaczego?
Otóż telefon mojej szacownej kuzyneczki i tak bez przerwy dzwonił, co może nie było by dziwne, gdyby nie tajemnicze telefony które zaczęła odbierać:
Ona: Tak, proszę?
On (zachrypniętym głosem, z akcentem podlaskim): Dobry!
Ona: Dobry?
On: Ja po tą kozę.
Ona: Jaką kozę?
On: Noo, pani.
Ona: Co?
On: Tą pani kozę.
Ona: Ale ja nie mam kozy.
On: To chociaż te gęsi.
Ona: Panie, jakie gęsi?
On: noo, te w dobre ręce.
Ona: Jakie ręce?
On: noo, moje.
Ona: ja panu nie dam ani kozy ani gęsi.
On: A co mi pani da? Ma pani coś jeszcze, bo ja to dobre ręce mam, zaopiekuję się..

Myśląc, że to jakaś aluzja seksualna, rozłączyła się. 

Może i o zajściu szybko by zapomniała, gdyby nie podobny telefon.

Ona: Proszę?
On (głos trochę skrzeczący): Witam, witam. Ja po kozę dzwonię.
Ona: Ja ani kozy ani gęsi nie mam!!! Dajcie mi spokój!!!
On: Oooo, już nie ma? A dopiero co przeczytałem. Szkoda... Ale jakby pani kiedyś coś jeszcze miała to ja się piszę. Kaczka, indyk, krowa, wie pani...
Ona: Nie, nie wiem!

Sytuacja ta powtórzyła się jeszcze kilka razy, więc po przeprowadzonym dochodzeniu dowiedziałyśmy się czemu te kozy i gęsi tak pożądane są.
Otóż luby mojej kuzynki, mając dość telefonów kolegów do powódki o późnych i nieokreślonych często godzinach postanowił dać jej nauczkę. I dał do Pośrednika ogłoszenie następującej treści:
Oddam kozę i dwie gęsi w dobre ręce! Pilne! 5XX XXX XXX
I dzwonili ci co to dobre ręce mają i pytali. A że kuzynka moja i gęsi i kozy nie miała, musiała przez parę dni dobrych tłumaczyć swoje braki w inwentarzu gospodarskim. Po paru dniach znudzona wyłączyła telefon.

Ale jak to zemsta idealna nie jest, telefon wyłączony, owszem.
Ale kuzynka szacowna zdenerwowana focha strzeliła jak gęś i uparcie jak koza przez tydzień się nie odzywała do lubego/winowajcy.
Cóż...

środa, 27 stycznia 2010

literackie podjudzacze


Mam taką dziwną manię zapisywania myśli, cytatów, zdań do zapamiętania na kawałkach papieru.
Nie żebym nie posiadała notesu, o nie. Mam i to nawet zawsze dwa ze sobą. Nawet komórę mam managerską do takich właśnie zapisków. Ale tak już mam. Po prostu....
Myśl tak ulotna jest że aby choć częściowo ją uchwycić trzeba się pospieszyć.
Więc spiesząc się zapisuję gdzie popadnie. Na serwetkach z restauracji. Na kawałku wyrwanym z gazety którą czytałam w autobusie. Na rachunku z Hypermarketu...
Najgorsze jest jednak to że po książkach piszę. Po moich ukochanych książkach. Albo dopisuję myśli, wrażenia, albo podkreślam cytaty, słowa których zapomnieć nie chcę,  nie mogę. Na szczęście ostatnio używam ołówka. Żeby się potem  nikt nie obraził.
Ale za to moja prywatna biblioteka to zbiór mnie. Pamiętnik moich myśli i album moich uczuć.
Potem znajduję w kieszeni, w torebce, w portfelu jakiś fragment mnie z kiedyś.
Dziś przeszukując kieszenie płaszcza za kluczami znalazłam ten cytat:
"Dzisiaj kocham Cię inaczej niż wczoraj, inaczej niż jutro" J.Carroll
Zgadza się, to ten pan co Budce Suflera pisał piosenki.

I co?
I stoję ja głupia przy drzwiach i czytam. I co? I otwiera mi On i pyta co tak stoję jak głupia na mrozie?
I co? Ja do niego: wiesz? i cytat mu tu walę.
A on patrzy na mnie i mówi: wczoraj było cieplej, jutro ma być większy mróz. Nie wiem czy się cieszyć że siła twoich uczuć od temperatury uzależniona.
Ja do niego: Ty to romantyczny być nie umiesz?
On: właśnie mój romantyzm razem z tym mrozem co wpadł przez drzwi, całe mieszkanie przewiał, a teraz przy skarpetkach mi się zabawia. Wchodź. Może jeszcze coś potem uzbieram.
Ja: ty zimny draniu!
On: jak drzwi zamkniesz to od razu ciepłe kluchy ze mnie będą.
I tyle romantyzmu na dziś było. Może jak mu na kolację jakieś danie z afrodyzjakiem to coś z siebie wypoci. No cóż....

Mniejsze zło

M.Gogol powiedział kiedyś ponoć:
"Starajmy się uczynić sobie chlubę z wad, których nie chcemy poprawić."
I tak się sobie myślę, że co jak co ale chłop miał rację. No bo ile mamy takich wad, które lubimy. Zresztą sama wada jest też terminem względnym. Mało tego: zdecydowanie uważam że powinniśmy je pokochać i nauczyć się je wykorzystywać.
Tak mnie to dziś naszło, jak próbowałam odpowiadać szanownemu Peterowi (chłopak mojej asystentki?) na pytanie: dlaczego pracuję w tej branży?
I co tu biedaczynie odpowiedzieć?
Postanowiłam zgodnie z prawdą: bo nigdzie indziej by mnie nie zatrudnili.
On: Dlaczego?
Ja: Bo ja takie problemy stwarzam, że żaden normalny szef by ze mną nie wytrzymał, więc znalazłam firmę, gdzie sama jestem sobie szefem. Kto jak kto, ale jakoś sobie jeszcze radę z sobą daje. Jeszcze...
Zdziwiony popatrzył na mnie i stwierdził że nie do końca łapie, ale kupuje to co powiedziałam. A że w rezultacie jak i po obserwacjach stwierdził że jednak to idealna dziedzina dla mnie jak i to potrafię mu wmówić.
Aaaaaaaaaa, tu wypadało by dodać, że zawód który wykonuję już od dobrych paru lat za granicą, to w Polsce określana pięknym terminem akwizycja. Tak, tak... Ta sama (tylko w innym języku).

Ale do tematu wracając.
Mam wady. Mam tych wad wiele. I znamy się z Nimi jak Lech i Jarek K......cy.
A że ich tyle że spokojnie partię polityczną moglibyśmy tworzyć (tylko ze względu na liczbę a nie przekonania), musieliśmy nauczyć się z sobą żyć.

Tak więc przedstawiam:
1. Pani Gadatliwość:
nie tyle że wygadam co przegadam. Ciężko czasem wytrzymać z prywatnym radiem Wolna Europejka, które to w dodatku nie zaopatrzono fabrycznie w funkcję volum czyli ścisz.
Więc pozwalając się zrealizować - praca gadana mile widziana.
Przegadam każdego i wszędzie a jeszcze za to pieniądze dostaję.
Zalet: jak czasem wrócę z pracy to mi się gadać nie chce więc mój luby poogląda TV bez zakłóceń dźwięku.
2. Pani Lubie Sobie Porządzić:
to znaczy ciężko mi niektóre zdania sformować na kształt prośby. Często stwarzają wrażenie polecenia. A pracownik przywyknie i mile zaskoczony jak po kilkugodzinnym treningu zaskoczę go czymś na kształt ...proszę
Zaleta: Pies wykonuje polecenia jak żołnierz szkolony kilkanaście lat.
3. Państwo  Obrażam Się i Nie Potrafię Gniewać Się:
obrażam się często i na pierdoły. Ale za to gniewać dłużej niż 30 min już nie potrafię. Po prostu zapominam. Często też obrażam się na siebie że się już nie gniewam na kogoś bo zapomniałam. Ale potem znowu zapominam. I tak w kółko...
Zaleta: Przynajmniej się ze mną nikt nie nudzi. Focha ponoć strzelam pięknie...
4. Pani Bałaganiarz i jego Pedantyzm
Mam po prostu napady bałaganiarstwa w którym utonąć mogę. Ale jak w odwiedziny zapuka druga strona mojej natury Pedantyzm, ciężko mnie oderwać od miotły i sprzątam, sprzątam, sprzątam. Potem zapominam...
Zaleta: tylko ja wiem gdzie co jest. Jak ktoś by chciał mi coś ukraść i tak nie znajdzie.
5. Dobre serce:
Każdemu dam pieniądze. Każdemu. Co trzeba zrobić? Recepta: smutna mina, ręka do przodu i musisz wzbudzić litość. Jakby bezdomni, biedni, żule i pijacy mogli dawać telekamery na największą frajerkę (czyt. co ma to da) to bez apelacyjnie wygrałabym w przynajmniej trzech krajach.
Zaleta: ponoć pójdę do piekła poznając osobiście św.Piotra który oznajmi że będzie pamiętać o moim poświęceniu po czym sam wystawi rękę...
6.  Pani Ja Sama:
tylko ja (plus czasem mój Luby, gdzie czasem to najlepsze słowo) i tylko ja umiem przyprawić obiad/kolację. Używamy czasem restauracji, ale tylko z powodu chwilowego lenistwa lub braków w lodówce, ale i tak nie jestem zadowolona. To dla mnie jak jazda taksówką. Niby jedzie i to do celu, ale nie jest to mój wóz.
Zaleta: sztuka kulinarna opanowana do perfekcji i papryka krojona według mojej miary.

Więcej grzechów nie chcę pamiętac....

Reszta rodziny został puszczona na wakacje. Przecież kochać wszystkich nie można. Moje serducho aż tak wielkie nie jest. Ale jak mnie nauczył mój luby:
jakby wszyscy cię kochali to zgłupiałbym z zazdrości...
Na co ja odpowiadam mu z uśmiechem:
szczęśliwy kto pokochał coś co nie jest nim samym...

wtorek, 26 stycznia 2010

znalazłam

Że się temat poszukiwań przyjął, podrzucam coś co też znalazłam zatrzymując się na chwilę...


"Znalazłam"

szukałam Boga
tyle razy
w tylu miejscach
tyle czasu

bo nie mogłam uwierzyć
jak łatwo dotykać niewidzialnego
i jak łatwo słuchać niewypowiedzianego

i ku swojemu zdziwieniu
znalazłam Go w odbiciu w lustrze

w sobie
desperacko szukającej
naiwnie niewierzącej

odnalazłam Go w swych pytaniach
w swym zwątpieniu
w założeniach czego szukam

a On mi się przyglądał

i czekał

"A może Bóg sobie mnie upatrzył na ateistę" S.J.Lec

Przepisy ruchu drogowego



Przypomniała mi się dziś historia o założeniu Wenecji. Zamieszczoną poniżej znalazłam w mojej ukochanej książce W.Whartona "Salamandra". Polecam każdemu kto kocha książki o magii, książkach, miłości, czasie itp.
A teraz historia:
"W Akwelei mieszkały dwie zamożne rzymskie familie, którym tego samego dnia urodziło się dziecko: chłopiec i dziewczynka. Dzieci były obdarzone cudowną urodą, ale miejscowa wieśniaczka ostrzegła, że jeśli się poznają natychmiast zapałają do siebie tak głęboką miłością, że na miejscu zemrą - ich śmiertelne powłoki były zbyt kruche by znieść tak nieziemskie uczucia. (...)
Obie rodziny kazały wznieść miasto na piaszczystych wysepkach w lagunie. Miasto zaprojektowano jako zawiły labirynt murów, ulic i kanałów. (...)
Zmysł był taki by nie dopuścić do spotkania chłopca i dziewczyny. Zanim jednak skończyli szesnaście lat, doszły ich słuchy o swoim istnieniu i zrozumieli, że miasto jest w rzeczywistości ich własnym więzieniem. Uciekli więc na ulicę, by się odnaleźć. 
Forma pętli (...) odzwierciedla ich nie kończące się poszukiwania. (...) nie zdając sobie sprawy, że gdyby tylko któreś z nich się zatrzymało mogliby się spotkać. "


Ten kto był w Wenecji wie że magia miłości która unosi się tam w powietrzu to nie tylko gadanie. Rzeczywiście tak jest.
Swoją droga to takie prawdziwe. Często gonimy za tym czego pragniemy i w całej tej gonitwie tracimy nasz cel z oczu. A potem już tak daleko zabłądzimy że nie ma już drogi odwrotu.
Smutne...

Kiedyś napisałam coś do tego:


"Przepisy ruchu drogowego"

Chciałam dogonić swoje marzenie
ale albo prysło jak bańka mydlana
albo uciekło zbyt szybko

Przez tą głupią pogoń
nie zauważyłam ciebie obok znaku UWAGA MIŁOŚĆ
i pobiegłam dalej

A teraz stoję na skrzyżowaniu
i czekam aż zniknie czerwone światło ONA
i będę mogła wrócić do ciebie

Nie chcę łamać przepisów
nie wiem czy jest sens
nie wiem czy nadal na mnie czekasz
Czekasz?

niedziela, 24 stycznia 2010

dobranocka dla dorosłych

Dziś zamierzam się wyspac (znowu mi c z kereską - potocznie zwane w RP ci, nie działa), gdzie zamierzam to właściwe słowo.
Ponoc (z kreską) sen piękności służy, więc zmykam.
Czasem tak mam że o estetyczną stronę życia czyt. siebie muszę zadbac'.
Kiedyś sobie tak przypadkiem mądrośc' złożyłam:

"Pani Starsza"

wahadło czasu
z tik tak
na tik tak

coraz boleśniej
okalecza moją twarz... 


Więc dobrą noc życzę wszystkim. ;)
Dobranoc
Dobrú noc ;)

łzawy poemat...


Znalazłam dziś jeden z wyników moich pierwszych zabaw słownych.
I właśnie to jest piękne w słowach zapisanych: zawsze można wrócić i poczuć jeszcze raz... Nie pamiętam czy to miał być wiersz czy coś innego. Ale chyba pamiętam co czułam pisząc.
Zabawne... miałam wtedy tak mało lat...


 2001 r.

ŁZAWY POEMAT
Czasem chciałabym łyżką monotonnej codzienności wyskrobać szczelinę w tamie moich łez.
Tak aby popłynął choćby maleńki strumyk i nawilżył stwardniałą na kamień glebę mego życia.


Nie chciałam stać się tak twardą. 
Nigdy nie przypuszczałam że codzienność w tak łatwy dlań sposób może doprowadzić mnie do tego stanu.
To rzeczywistość zmusiła mnie bym zmieniła swą osobowość. 
Papier ścierny albo piłeczka do ping-ponga, to teraz przypominam.
Ale papier w końcu się zetrze a piłeczka mimo iż elastyczna, pod mocniejszym ciosem zniekształci się bezpowrotnie.


Pod wpływem mojego nowego imagu, uwięziłam swoje uczucia w klatce zapomnienia. 
Zamknęłam razem łzy różnej narodowości: łzy z Krainy Smutku, Nostalgii czy Bólu ale także te z Happy Landu i Doliny Krótkotrwałych Chwil Miłości. 
Razem, nie zważając  iż mówią różnymi językami, że posiadają odmienny temperament.
Pozwoliłam by połączyły się w jeden ogromny Ocean łez.


Chwilami pragnę aby ten mój zbiornik wylal trochę swego cennego skarbu, bym mogła napoić spragnioną duszę.
Bóg jednak jest nieubłagany. 
Chojnie obdarzył mnie blokadami uczuciowymi. 
Istnieją one we mnie i wytrwale wytwarzają blokady których sama nie jestem w stanie pokonać.
Przypomina to granicę za którą dojrzeć można w różowych okularach tych za którymi tak tęsknie. 
Lecz gdy dojdzie do głosu nostalgia, szkła w mych okularach pękają i ogarnia mnie strach. 
Świadomość że bez paszportu nie przekroczę granicy obojętność.

sobota, 23 stycznia 2010

owoc granatu


Dzisiaj zapytano mnie czy nie brakowało mi nigdy ojca.
Odpowiedziałam że nie, ale jakoś to pytanie nurtowało mnie cały dzień.
Czy można tęsknić za czymś czego się nigdy nie miało?
Czy może nam brakować czegoś czego się nie spróbowało?
Nigdy nie jadłam owocu granatu i może chciałabym spróbować ale nie tęsknię za jego smakiem, nie potrzebne mi on do przetrwania.
Nigdy nie myślałam o ojcu.
Może się broniłam?
Może chciałam zabarykadować się przed jakimkolwiek brakiem?
Żyłam po prostu obok innych ludzi którzy mieli ojca i matkę. Ja miałam 2 w 1, jak neescafe ;)
Mamę i ojca w jednym wyjątkowym człowieku.
Może to właśnie dlatego że mama zawsze starała się zrekompensować nam brak ojca. Dziś wiem że nie jeden raz nie umiałam docenić jej miłości. To cudowna kobieta. Moja prywatne bohaterka!

A za ojcem nie tęskniłam. Nie można tęsknić za kimś kogo się nie zna. Czy tęsknimy za kimś kogo znamy tylko z widzenia albo słyszenia. O Madonnie też ciągle słyszę a jakoś mi jej nie brakuje. A że inni mają ojca czy zazdroszczę? Zazdrość to już inny temat. Bo mogę zazdrościć przecież komuś kto poznał Madonnę. Ale czy na pewno zazdrościmy komuś spróbował popsutego owocu granatu?..

bariery językowe

Postanowiłam sobie wczoraj zrobić nowe tipsy czy jak kto woli sztuczne paznokcie. Od kilku lat jeśli już decyduję się na ten (pseudo)upiększający zabieg, korzystam zawsze z usług salonu jednej marki, którego nazwy ze względu na krypto reklamę nie mogę podać. Otóż to salony te są prawie w każdym większym domu handlowym na terenie Czech (gdzie to zapoznałam się z tą marką) i Słowacji (nie mam informacji czy są też w innych krajach, a to ze względu na brak czasu na podróże "sklepopoznawcze").
Może nie byłoby w tych salonach nic nadzwyczajnego bo i cena normalna i (naprawdę !) długo wytrzymują, gdyby nie to że sieć salonów należy do wietnamców. Mało tego pracują tam tylko wietnamcy. Paznokcie ponoć francuskie robią, ale mina moich znajomych na słowa że "te tipsy to od wietnamców" rozbraja mnie totalnie.
Trzeba jednak przyznać że to co potrafią tymi swoimi pędzelkami zrobić przyprawia o zawrót głowy. Małe dzieła sztuki. Takie fikuśne i śliczne te obrazki.
Ale nie miało być o tym.
O barierach, przeszkodach i języku miało.
Otóż mieszkając przez rok w Czechach nauczyłam się ich pięknej śpiewającej češtiny a potem wyemigrowałam na Słowację, gdzie jest słowacki język, który wbrew pozorom identyczny do czeskiego nie jest. Podobny, fakt, ale jednak.
W dodatku dowiedziałam się że mam jakiś ruski (!) akcent (od 2,5 roku nikt nie rozpoznał we mnie Polki tylko białoruskę, ruskę, ukrainkę nawet z chile już byłam). Tak więc mieszając polski, czeski, słowacki i mój ruski akcent mam wyjątkowo dźwięczną i rozpoznawalną mowę (Bogu dzięki za komunikacje niewerbalną).
Więc...
Wybrałam się do tego salonu. Wdzięcznie usiadłam na (przegięcie) maleńkim taboreciku i czekałam grzecznie na swoją kolej. Wszystkie te wietnamki pięknie i serdecznie się uśmiechał. Poprosiła mnie jedna o zajęcie miejsca przy ich różowych stoiskach i zdołała wykrztusić z siebie coś co miało znaczyć CO CHCESZ?
Powiedziałam że nowe gelowe i jakiś rysuneczek mały (bez szaleństw dziś się obędzie). Po czym ruszyła do akcji. Pilniki, mikstury, obcążki latały w powietrzu a ona w skupieniu (z maską chirurgiczną na twarzy - serio!) tworzyła cuda na moich rękach.
Wszystko było by piękne i kolorowe gdyby nie fakt że na pogawędkę się jej zebrało.
I pyta mnie wietnamka czy chce dłuższe czy krótsze. Odpowiadam że średnie, po czym ona uderza w tekst którego na początku nie zrozumiałam (niby ja mam dziwny akcent). Na początku uśmiecham się głupio (zawsze działa), może zrezygnuje. Gdzie tam... twarda sztuka, powtarza. Marszczę czoło i próbuję rozszyfrować pytanie.
Jezu, jeśli ze mną tak wszyscy w pracy maja to się nie dziwię że nie zawsze robią to o co proszę.
Coś tam mam. Jak zrozumiałam to padłam: ona pytać mnie, cudzoziemkę, polkę na słowacji, co to po czesku mówi ale z ruskim akcentem żebym powiedziała czy sprawnie mówi !!!!!  Julek!!! Odbiło jej. 
Staram się wydukać, że ja to nie bardzo ten tego się znam bo ja też cudzoziemka jestem i rozumiem że ma problem ale nie pomogę jej ten tego w tej kwestii.
Na co ona duka:
że ona tu 2 tydzień i że nie rozumie ale czy dłuższe czy dłuuższe.
Ja: że ja ją rozumiem ale na akcencie to ja się nie znam bo sama mam z nim problem.
Ona: że nie rozumie ale czy dłuższe albo dłuuższe.
JEZUŚ!!!
Patrzę na nią zdesperowana ale ona koleżankę woła. Powtarza jej coś po wietnamsku i dawaj we dwie do mnie: czy AKCENT DOBRY, czy DŁUŻSZE czy DŁUUŻSZE.
Więc ja po angielsku że ja z Polski jestem. A one że one po angielsku tylko trochę a poza tym to słowackiego się uczą.
Wprawdzie dały mi spokój i nauce słowackiego chyba też, ale postanowiły się rozluźnić (w końcu coś nas łączy - emigracja) i zabawić się i mnie muzyką (a jakżeby nie) wietnamską oraz miłą pogawędką, po wietnamsku oczywiście. Wszystko fajnie tylko że nie rozumiałam o czym tak one sobie świergocą. Na szczęście starczyły im moje głupie uśmiechy i kiwanie głową.
Z upragnieniem czekałam jak ten cholerny gel wyschnie i będę mogła uciec co sił w nogach ale jak na złość coś mu się dziś nie chciało.
W trakcie moich "miłych pogaduch" z dziewczynami przyszedł ich kolega po fachu. Też wietnamiec (nawet było na czym oko zawiesić). Chyba jednak źle oceniając luźną atmosferę panującą w salonie pomyślał że ja to już całkiem poliglotka jestem i "psiapsiółki" rozumiem więc postanowił się zaznajomić z moją osobą, a dokładniej mnie ze swoim ifonem. Chwalił się swoimi nowymi grami i tlumczył mi uparcie PO WIETNAMSKU jak to działa.
Nie pozostawało mi nic innego jak się uśmiechać.
Nie wiem z czego się bardziej cieszyłam: z nowych (fakt) ślicznych paznokci czy z tego że KONIECZNIE mogę iść do domu.
Na pożegnanie zostałam skasowana za dzieło koleżanek. W końcu kochajmy się jak bracia liczmy jak żydzi, jak mawiała moja babcia.
Pomachały mi na pożegnanie wszystkie i coś tam po wietnamsku z uśmiechem wykrztusiły.

Co wyniosłam z tej wizyty oprócz nowych tipsów (naprawdę krasa!!!)?
Że przyjaźń między ludzka nie zna granic.
Nie potrzeba znać języków obcych żeby się polubić i "pogadać".
Głupi uśmiech zawsze pomocny.
Coś zawsze połączy cudzoziemców na obczyźnie.

Pozdrawiam moje nowe koleżanki, kolegę  i jego ifona. ;)))))))))))

czwartek, 21 stycznia 2010

pamiętam pamiętać

pamiętam srebrne włosy
które plotłam w króciutki warkoczyk
niezgrabnymi palcami
by sterczał jak trofeum
- nie pamiętam po co to robiłam -
by usłyszeć szczera dziękuję?

pamiętam oczy pełne miłości
w których pokładałam
z dziecięcą ufnością tyle nadzieii
w których z łatwością
mogłabym utonąć
w oceanie babcinej miłości
- nie pamiętam ich koloru -
nie był istotny?

pamiętam zapach herbaty
którą zwykłyśmy pijać razem
z metalowego kubka
uwielbiała zbyt słodką
- nie pamiętam dlaczego aż tak -
teraz z łatwością utożsamiam sobie jej dobre serce z tym smakiem

pamiętam książki które jej czytałam
teraz gdy zamykam wieczorem oczy
przypływają ich fragmenty
jak gdyby teraz to ona
czytała mi do snu
- nie pamiętam dlaczego nie przywiązywałam wagi do ich treści-
ważny był jej uśmiech?

pamiętam ciemność jaką ujrzałam
po słowach cioci
próżnię jaką poczułam przed sobą
- nie pamiętam co dokładnie usłyszałam -
wstrząs?

pamiętam zapach poduszki
gdy płakałam z bólu
jaki sprawiał mi tatuaż z napisem
"jej już nie ma"
wyryty w sercu i umyśle
- nie pamiętam kiedy zasnęłam -
ze zmęczenia?

pamiętam jedną łzę
która spłynęła po mym policzku na widok znajomego nazwiska na tablicy nagrobnej
- nie pamiętam dlaczego dopiero wtedy uświadomiłam sobie że to prawda -
nie chciałam wiedzieć
że teraz pozostaje mi tylko pamięć

***kochanej prababci***
***babci Jasi***
kocham - pamiętam

spieszmy sie kochać babcie, tak szybko odchodzą...

Dziś dzień babci. Mimo że babci już nie ma przy mnie, to nadal wyjątkowy dzień w roku. Celebruję go pieczołowicie i nieustannie przez tyle lat walczę z tęsknotą i żalem po stracie.
Miałam tylko dwie babcie. Jedną matkę mojej matki-  babcie Basię. Drugą - matkę mojej babki, prababcie - babcie Jasie. Kochałam obie nade wszystko.
Żałuję dziś że tak rzadko im to mówiłam....

**************************************

"Babciny anioł"

z okruchów krótkiej, dobrej pamięci

wygrzebię fragment zdjęcia z dzieciństwa

oprawię w ramkę czułości skrawek portretu
na którym jest jej oblicze
w nierealnym świetle babcinej miłości

powieszę ten sielankowy obrazek nad łóżkiem
a babcia już sama zadba o resztę

jak anioł stróż
czuwając nade mną
poprowadzi mnie przez trudne życie

i nową nadzieją na szczęście
wypełni pustkę po śmierci

- Babci Basi :*

*********************************************

"naczynie życia"

w metalowym kubku
by przetrwał do dziś

w zbyt słodkiej herbacie

topiłyśmy razem smutki
i
kąpałyśmy radości

pijąc na przemian
przy słowach jej ulubionej


czułyśmy jedność

teraz samotnie piję herbatę
w tym samym obitym kubku

tylko jej słodycz przyćmiewa słony smak łez...

- babci Jasi - prawnuczka

środa, 20 stycznia 2010

sentymentalna śmierć

sentyment
do miejsc i rzeczy
jest jak budowanie
pomników wspomnieniom

zmaterializowanie
wspomnień o kimś
jest jak desperacka
próba zatrzymania czasu

Pies zaczepno obronny



Rozmawiałam dziś z moją słowacką księgową i od słowa do słowa zeszłyśmy na sławne i pożądane kruczki prawne.
I co się okazało że mogę sobie psa kupić na firmę i jako majątek firmowy trzymać.
Zakwalifikowała mi go spryciula jako system zabezpieczeń przed kradzieżą i włamaniem.
Okazało się nawet że karmę jego czy jakieś konserwy mogę sobie od odliczać bo przecież pies jeść musi.
Paliwo do auta firmowego już rozpisuje. Czy to jedzenie też będę musiała, zobaczę.
Do omówienia została nam kwestia zatrudnienia psa jako ochroniarza. Przecież za darmo nie będzie biedaczysko się narażać włamywaczom.

awersja do Komnaty Tajemnic



Wczoraj w poszukiwaniu paska do mojej ulubionej sukienki, byłam zmuszona zajrzeć do Komnaty Tajemnic mojego mieszkania. To taki mały schowek, jak mawiała moja babcia coś w rodzaju pakamery, graciarni - to znowu wersja mojego D.. Miejsce gdzie za solidnie zamkniętymi drzwiami czekają na mnie koszmary mojego kilkuletniego samodzielnego życia.
Bowiem przez pięć ostatnich lat, kiedy to koniecznie rozłożyłam skrzydła wolności, czy jak kto woli uciekłam spod kurateli rodziny przeprowadzałam się już może z 10 razy. Z miasta do miasta, z kraju do kraju, z mieszkania do mieszkania, z domu do domu... Już nawet nie pamiętam tych wszystkich miejsc.
Nie w8iem czy się już chwaliłam ale to co wyniosłam z domu to na pewno odziedziczony gen chomikowania: bo ten notes z 2004 jeszcze się przyda, bo tą świeczkę jeszcze użyję... Wszystkie te pierdoły zawsze stwarzały problem przy rozpakowywaniu i pakowaniu, dlatego od dłuższego już czasu mojego życia na walizka tkwią w jednym wieeeelkim pudle które zawsze przewożę z miejsca na miejsce.
No i niestety, wczoraj musiałam zebrać się na odwagę i niestety pogrzebać w tym pudle grozy.
Przypomniało mi się dlaczego grzebać nie lubię: bo w grzebaniu to ja gorsza od kury jestem. Jak już zacznę to końca nie widać. Dlatego do lumpexów nie chodzę, bo zamykają a ja cały czas w tych koszach siedzę. Siara, jak to zwykła nazywać moja chrześnica.
I zaczęło się! Zaczęłam przeglądać te swoje rupiecie i skarby zarazem i wspominać: skąd to, z kim to si,ę to kupiło, używało, jak to... Popłynęłam...
I nagle znalazła stare zdjęcia ze studniówki, z matury, z półmetka i ze studiów, z podwórka i z imprez... "odjazd". Moje mieszkanie jest w jakim stylu minimalistycznym, tak przynajmniej twierdzi Lenka, ale nie do końca łapię o co chodzi... może że mini sprzątanie potem będzie (ale jak tak to mi nie wyszło, bo sprzątania to je maxi w jeszcze XXXL z podwójnym klinem). W każdym razie w tym minimalistycznym mieszkaniu nie wieszam fotografii i nie kładę fotografii w  żadnym widocznym gołym okiem miejscu. Moja fotogeniczność i fakt że te zdjęcia zawsze robię ja mnie do tego zmusza.
Ale znalazłam tam jedno jedyne zdjęcie z panem Eksińskim. I przypomniała mi się moja głupota. Jak to ja durna potrafię być.
Dałam się bowiem raz namówić mojej psiapsiółce (za dużo określeń mojej Julci 9-latki mi się wkręca, chyba się w słownictwie cofam) na podwójną randkę w ciemno namówić. Raz w życiu i potem do końca życia schizę miałam. Tak prosiła, tak błagała, szantażowała aż uległam. W pewne sobotnie popołudnie umówiłam się że wpadnie po mnie do mnie z owymi dwoma "w ciemno" ale "w ciemno" to tylko dla mnie bo Żanetka obu panów znała. Jednego chciała poznać nawet bliżej dlatego umówiła ich z nami a jego z kolegą żeby mu raźniej było ;)
I czekając tak na nich, mając w zanadrzu jeszcze godzinę postanowiłam ulec jednemu z moich przyzwyczajeń i słabości wtedy: cappucino. Poczłapałam do kuchni nalałam wody do czajanika i podpalić kuchenkę gazową chciałam. Ale że moje mieszkanie to jak trójkąt bermudzki bywa zapalniczka iskrowa się zgubiła. Diabeł ogonem nakrył i nie ma!. Ale zapałki znalazłam. Tak więc zapaliłam ale ciemnota umysłowa mnie chyba dopadła bo rękę bym za to dała (i bym jej nie miała) że zdmuchniętą do kosza zapałkę wrzuciłam.
Spokojnie szykując filiżankę na mój napój bogiń poczułam baaardzo nieprzyjemny zapach. Niepokojący wręcz.
Okazało się że owe baaardzo śmierdzące wonie wraz z efektem dymnym wydobywają się z mojego pięknego niebieskiego kosza. W rozpaczy i panice podniosłam pokrywę i co innego mogłam zobaczyć jak nie pomarańczowe ogniki grające marsza żałobnego mojemu koszowi który pomału zaczynał się spalać. Nie myśląc długo, co mi się chyba też często zdarzało w tym wieku podjęłam decyzję.
Ogień - woda. I polałam cholerstwo wodą z czajnika. Ale licząc na koniec tragedii wykazałam się naiwnością bo za miejsce ognia buchnął na mnie dym. Odurzona dawką gazu substancji spalanej wpadłam na genialny sposób zatamowania czy też zatrzymania tej mgły która opanowała już moja kuchnię. Zmoczyłam ścierę i zarzuciłam na kosz czekając w napięciu.
Cisza...
Dręczące minuty i mętlik w głowie czy zajrzeć do środka, pod ścierę?
Zaglądam, przygotowana na najgorsze i... koniec. Już tylko mały dymek jak z fajeczki jeszcze coś tam próbował zwojować.  Ale wojnę wygrałam!!! Victory.
I dzwonek!!! Nie że zwycięstwa w głowie, choć przez chwilę tak myślałam, ale do drzwi.
Pewnie sąsiedzi zaalarmowani dym przybiegli mnie ratować. Otwieram więc drzwi z przygotowaną już przemową jak to dziękuję i przepraszam za kłopot (może się nawet zlitują i kosz nowy kupią, myślę) i znowu mnie trafia. W drzwiach nie stoi zrozpaczony przerażony pan Gienek spod 5 ani nawet pani Janka co to zawsze pierwsza ale Żanetka z dwoma pięknymi bądź co bądź nie strażakami. Chyba że w cywilu.
- Co ty taka... umalowana jesteś? - pyta z uśmiechem ta co punktualna w życiu nie była a dziś przed czasem przyszła. Swoją drogą to facet i ją nawrócić zdołał.
- Bo wiedziałam że przyjdziecie ale myślałam że za jakieś pół godziny. - odpowiadam tłumiąc w sobie koktajl ze zdziwienia, szoku jeszcze i złości.
- A co tak... pachnie? - Boże, ona to czasem przy facetach naprawdę głupieje.
- Mam te perfumy co je razem wybierałyśmy, a co?
- To zmień i się uszykuj bo idziemy.
- Przecież gotowa jestem. - wredna małpa, myślę.
- To się umyj chociaż. - odpowiada z drwiącym uśmiechem.
- Co proszę? Przeginasz Żaba! - to się teraz wkurzyłam.
I naglę jeden z moich niedoszłych strażaków z uśmiechem (też drwiącym) przemówił.
- Nie jest tak źle. Żaneta opowiadała że ty taka... szalona czasem jesteś.
Zatkało mnie.
- Ale nie znaczy że nam wstyd robić będzie. Marsz zmyć to z twarzy. - popycha mnie do łazienki Ż. - I czasem możesz tu wywietrzyć. Nie wiedziałam że palisz fajki w domu... - już dalej nie słuchałam bo do kuchni biegłam sprawdzić co z moim ogniskiem i co z moim czajnikiem.
Jeszcze tylko zdążyłam w biegu okiem do lusterka w przedpokoju rzucić (w końcu przystojni ci "strażacy" byli) i znowu omal nie padłam. W okolicach oka i czoła przebiegał dowód mojej heroicznej, bohaterskiej walki z płomieniami. Czarna smuga. A w całym mieszkaniu dym i smród jak w palarni.
Stwierdziwszy że ognisko ugaszone, ujrzałam tylko jak cała trójka pęka ze śmiechu w moim korytarzu.
Niestety kiedy jestem zła i zawstydzona oraz zdezorientowana reakcja jaka zachodzi w moim umyśle wywołuje u mnie chęć płaczu. Cóż, tak już durna mam.
- Ja tylko cappucino chciałam sobie zrobić... - wydukałam do rozbawionego towarzystwa.
- To może lepiej jak ja zaproszę cię na to cappucino, co? - odpowiedział z uśmiechem jeden z trójcy.
- Może i lepiej... ale cappucino chyba sobie dzisiaj daruje. - odparłam zażenowana.
Całkiem niezły był ten jeden. I to nie o niego wspierała się Żancia więc może ten był dla mnie. To sobie zrobiłam dobre pierwsze wrażenie.
- Nie wiem, może chcesz coś poprawić w tym swoim dizajnie ale jak już pójdziemy to mi opowiesz co ma wspólnego cappucino z dymem i płomieniami. - odpowiedział mi MÓJ przyszły ale jeszcze nie doszły EKS.
I tak oto zaczeła się moja całkiem długo jak na mnie kilku miesięczna historia z Eksińskim i moja awersja do cappucino i randek w ciemno...
Co też sobie człowiek może przypomnieć i wygrzebać w starych pudłach.
Położyłam się spać w przekonaniu że durna to ja chyba od dziecka byłam i powtarzałam sobie jak modlitwe przed zaśnięciem że bogu dzięki za kuchenki elektryczne.

wtorek, 19 stycznia 2010

kawowy facet

KAWA
zawsze kojarzy mi się z Tobą "miły"

CZARNA
jak Twe oczy

ENERGETYZUJĄCA
jak Twoje pocałunki

AROMATYCZNA
jak zapach Twojego ciała

a nade wszystko...

...GORZKA i CIERPKA
jak miłość do Ciebie...

poniedziałek, 18 stycznia 2010

oczy cz.2

Starła łzę z policzka. Wzięła głęboki oddech i kilka razy zamrugała mokrymi jeszcze rzęsami. Ten krótki trzepot utuszowanych rzęs rozgonił obraz, który sprytnie namalowały jej myśli przed chwilą.
Spojrzała przez okno za okno. Śnieg stopniał. Zbliżała się wiosna. Ponoć najpiękniejsza pora roku.
Ile to już czasu minęło? Sporo. Prawie cała zima. Jeden kwartał, jedna pora roku. Czas skacze ostatnio fazami, wydaje się że ciągnie się w nieskończoność, a gdy patrzysz w kalendarzu zauważasz spore zmiany.
Jak długo można o kimś pamiętać? Jak można zapomnieć czyjąś twarz, spojrzenie, gest? Nie wiedziała. Sama jeszcze się z tym nie uporała. W takie dni jak ten, gdy nie umiała zamknąć swojego umysłu zbyt szczelnie, odwiedzały ją wspomnienia. A wtedy o łzy nie trudno.
Łzy, łzy. Pewnie wygląda jak siedem nieszczęść. Szybko pobiegła do lustra. Rzeczywiście, tusz spłynął chaotycznymi strużkami aż do brody. Jak zawsze. Nigdy nie potrafiła płakać jak aktorki. Nie nauczyła się też tego przez te wszystkie miesiące, mimo morza wylanych łez. Tyle ich już popłynęło, że chwilami bała się że wyrzeźbią jej twarz jak woda drążąca skałę. Jej policzki stałyby się obrazem jej bólu.
Sprawnie poprawiła makijaż i powoli zbierała się do wyjścia. Zamykając za sobą drzwi, pomyślała o niewypitej kawie samotnie stygnącej na stole.

inwazja

Dziś cały dzień siedzi we mnie. Gryzie i szczypie od środka. Początkowo myślałam że to zgaga ale przecież od tego nie płacze się słysząc piosenki B.Adamsa w radiu.
Potem myślałam że może to TE dni. TE głupie, babskie huśtawki. Ale to przerabiałam w zeszłym tygodniu.
Chciałam to zapić. Najpierw herbatą, potem kawą, coca colą i nawet kefirem. Na koniec wygrzebałam schowane głęboko w lodówce wino ale po kieliszku było jeszcze gorzej. Weszło na oczy i piaskiem w nie sypiąc zmuszało do "łzotoku"- bez sensu...
Próbowałam się zebrać w garść i coś z sobą zrobić. Zmusiłam się do wysiłku, bo ta cholera z godziny na godzinę zaczęła odbierać mi siły i posprzątałam całe mieszkanie. Ale odniosłam porażkę gdy łamiąc szczotkę od mopa pomyślałam jak ciężkie i wilgotne musiało być jego krótkie życie oraz wybuchłam nową salwą łez.
Potem oglądałam telewizję. Odmóżdża i pozwala zapomnieć. Ale nie dziś: na widok kochającej rodzinki i (wstyd się przyznać) nowego mopa z wyciskaczem wody rozryczałam przez następne pół godziny.
Myślałam że może rozchodzę. Ubrałam więc ciepłe buty i dosłownie w zamieć śnieżną poszłam na spacer. Może jak wymrożę to ucieknie i przestanie drapać od środka. Niestety, po godzinie wróciłam z dwoma soplami pod nosem i śniegiem w kieszeniach.
Usiadłam bezradna i tak siedziałam następną godzinę. Coś mokro pod nosem miałam, ale nie byłam pewna czy to z powodu odwilży mojego lodowego piercingu czy może znowu od łez.
Poddałam się około 15.00. Zrezygnowana, zaopatrzona w pudełko chusteczek usiadłam na kanapie czekając na nowa falę łez i nagle... zrozumiałam. Jezusik, jaka ja durna czasem jestem.
Czasem tak ciężko mnie, niezniszczalnej i twardej ;) przyznać się do tęsknoty, uzależnienia od przyjaciół. Teraz po rozmowie z Jusią nawet złamany mop wydaje mi się piękny...
Ps. W dalszym ciągu utrzymuję że powinnam się leczyć :P

sobota, 16 stycznia 2010

oczy cz.1

Otworzyła powoli oczy. Dźwięk budzika coraz bardziej przeszywał jej głowę. Sen odszedł brutalnie zatrzaskując za sobą drzwi nocy i pozostawił ją samą na polu walki jakim jest dzień.
Znowu nie pamiętała o czym śniła. A wie, że śniła. Najlepszym dowodem jest na to pustka jaką odczuwa, kiedy filmy wyświetlane w niej nocą, bez skrupułów wyrwane zostają przez świt. Chciałaby pamiętać choćby ich tytuły. Sama napisałaby potem scenariusz i odegrała je śniąc na jawie. A często to robiła. Nawet nie musiała zamykać oczu. Wyłączała po prostu wszystkie zmysły i tworzyła sobie swoją próżnię. Bańkę w której toczyło się jej drugie życie. Takie jakie sobie wymarzyła. Zawsze zadziwiał ją tylko fakt, że tam też cierpiała. Chyba po prostu nie wierzyła, że można żyć bez bólu. Bo cierpienie to najważniejsze co człowieka kształtuje. Jest jego drugim ja, cieniem który idzie z Tobą przez całe życie. A w zależności jak ustawisz się do swojego słońca, którym jest los, wtedy ten cień jest większy lub mniejszy.
Dlatego pełna wiary w cierpienie kroczyła z nim przez życie. I to prawdziwe i to wykreowane przez siebie. Czasem tylko zapominała które to które...
Spojrzała na puste miejsce obok. Dotknęła dłonią poduszki na której nie odcisnął nikt śladu głowy w nocy. Ona była tak samo samotna jak ta biedna poduszka stworzona by ktoś na niej spał. Pozostawiona sama sobie, była bezpłciowa, niepotrzebna, niezauważalna. Bo kto zwróciłby uwagę na poduszkę, gdy na niej nie sypia?
Obie pozostawione same sobie leżały samotnie w wielkim „małżeńskim”, jak mawiał sprzedawce w sklepie meblowym, łóżku.
Pora wstawać, pomyślała. Z niechęciom odgarnęła kołdrę i szybko wyślizgła się z łózka. Prysznic, makijaż, garderoba, kawa i do pracy. Ten codzienny rytuał był jak program komputerowy, który jej wgrano. Dzięki niemu mogła jakoś pozornie normalnie funkcjonować.

piątek, 15 stycznia 2010

na piątkowy wieczór

 Na romantyczne wieczory we dwoje albo w samotności. Potrafię się poryczeć przy tych piosenkach i Panu Mieciu Foggu.







;)

Zasłyszane w telewizji:
Amerykańska baza wojenna w Iraku:
- Panie Kapitanie jakiś irakijczyk przedarł się do naszej bazy. Chce pomóc w odnalezieniu naszych jeńców.
- Jak się tu dostał?
- Przez pustynie, Panie Kapitanie.
- Mojżesz k...a czy co?
- Nie Panie Kapitanie, Mohamed.

czwartek, 14 stycznia 2010

czas

Tragedia. Właśnie sobie uświadomiłam że mam 25 lat. Według kalendarza. A przecież cały czas się czuję na te 19-21.
Coś mi umknęło przez palce. Jak przez sito. Popłynęło jak woda w rzece w której przerwana została tama.  A pomyśleć że kiedyś myślałam że jak się ma 25+ to człowiek już jest stary. Może dlatego chrześnica (rany, ona będzie mieć już 9 lat) zwróciłam mi ostatnio uwagę że nie jestem dziewczyną i że nie mam chłopaka, tylko kobietą co ma faceta albo narzeczonego...
Czas więc to pojęcie względne. Kiepski wynalazek wymyślony na potrzeby cywilizowanego społeczeństwa. Co wcale nie znaczy że cywilizowana nie jestem. Wręcz przeciwnie, można mnie nazwać dzieckiem cywilizacji, tylko trochę niewychowanym, nieudanym...
I siedzę tak teraz przerażona swoimi 25 wiosnami i przypomnieć sobie staram czemu ja głupia czasu nie liczę.
Pewnie tyle razy nieświadoma swoich błędów pisałam głupoty w formularzach w urzędach.
Nie żebym jakoś zrozpaczona była. Ale sam fakt tego czegoś co mi uciekło mnie nurtuje.
Może to prawda że szczęśliwi czasu nie liczą...
Ale dalej będę twardo stała przy swoim że czas przyspiesza albo zwalnia. W miejscu tylko nie stoi. Dlatego trzeba brać życie całymi garściami. Nie myśleć i nie żyć przeszłością bo przyszłość zawsze piękniejsza, nieznana. Kochać to co się ma i czego się nie ma. Marzyć i cieszyć się chwilą.
Czy człowiek ma tyle lat ile wiosen przeżytych (bo wiosna jeszcze przed nami więc mam prawie 25 ;)) czy tyle na ile się czyje?
Przecież przeżycia, doświadczenia, marzenia nie są adekwatne do wieku. Dusza żyje swoim torem...
Pozdrawiam wszystkie młode dusze :)

Ps. Miłość odmładza. Dziś czuję się młodsza niż przed tym jak Go poznałam.
Kochany, KOCHAJ MNIE A ZAWSZE BĘDĘ MŁODA, piękna też (jak zgasimy światło - w nocy wszystkie koty są czarne)
;)
 Nie wiem jak u Was, ale u mnie za oknem świat w wylewny niemal sposób ukazuje mi swoją dzisiejszą chandrę. Smutni ludzie, w smutnych płaszczach suną sennie przez łzawą pogodę.
Styczeń bez śniegu, za to z obfitą ilością deszczu potrafi przygnębić każdego.
A przecież karnawał, przecież tyle radości za nami, przed nami...
Na swojej nowej kolorowej, wesołej i prawie uśmiechniętej kanapie uparcie walczę na myśli z depresją.
Dla wszystkich znudzonych nudą przesyłam jeden z moich ulubionych szlagierów...
Miłego słuchania i uśmiechu :)





Muzyka to nasze uczucia i myśli zamknięte w instrumentach martwych. Uwalniane dłońmi i czynami malarzy i poetów w jednym.

Sny są jak motyle.
Kolorowe i kuszące.
Ciężko uchwytne.
We mgle poranka zachwycające swoim blaskiem i mozaiką barw.
Kiedy chcesz je złapać w dłonie, wiatr ich skrzydeł łagodnie muska ci powieki. Kiedy już je uchwycisz, cieszysz się nimi obserwując jak powoli uchodzi z nich życie nocy.
I potem smutno spoglądasz na skrzydła które nie mają już w sobie bajeczności.
Umierają powoli nasze sny w zderzeniu z codziennością...

środa, 13 stycznia 2010

Co dalej...

"Ten kto nie biegnie, cofa się"
Nienawidzę kiedy moje życie stoi w miejscu. Stagnacja w żaden sposób mnie nie motywuje. Nie można być zawieszonym w próżni. W każdym razie ja nie mogę tak żyć.
Mnie kopie do przodu pośpiech, zamieszanie, plany, cele do zrealizowania. A teraz kiedy część z nich jest już za mną zapisana w bilansie życiowych osiągnięć pozytywnie brakuje mi nowego motoru.
Ostatnio rozmawiałam o tym z jednym z moich przyjaciół.
Zdaniem Aśki to co mam to i tak już sporo. Piękny dom, samochód, firma, kilkadziesiąt tysiaków na kącie, kochający mężczyzna u boku, sukces którym mogę się pochwalić.
Zapytałam się jej co teraz? Co mam robić abym resztę życia nie przesiedziała w fotelu w apatii upajając się trofeami?
Dla niej już nic nie muszę udowadniać innym. Mogę dalej podróżować i cieszyć się tym co mam. Wydawać pieniądze. Pieniądze na które tak ciężko pracowałam. Tak jakby to było sensem egzystencji. Konsumpcja.
Ale czy człowiek powinien się zatrzymywać?
Szczególnie jeśli jest młody? Czy życie nie jest za krótkie? Powinniśmy wykorzystać jego każdą chwilę.
I czy aby na pewno chcę komuś coś udowadniać? Czy może tylko sobie?
Innym już chyba udowodniłam że potrafię. A sobie? Też. Ale niestety ja jestem bardziej wymagająca. Poprzeczka mojego osobistego sukcesu, z każdym dniem podnosi się, na szczęście - inaczej umarłabym z nudów.
Ale czym jest sukces? Rzecz względna. Czym jest więc dla was sukces. Czy to pieniądze, praca, rodzina, miłość, niezależność, władza?

Ps. Co do konsumpcji: kupiłam tą kanapę. A właściwie dwie, bo przecież sióstr nie wolno rozdzielać. Teraz wszystkie trzy będziemy oglądać polską telewizję.
Życzę wszystkim miłego dnia.

wtorek, 12 stycznia 2010

nieidealna

"Oddychaj zawsze przez nos. Dzięki temu nie otworzą Ci się niepotrzebnie usta"
Philip Chesterfield

Niestety tak już jest że czasem nawet najbardziej błahe słowa potrafią zranić najmocniej.
Moja nieidealna natura doprowadza więc do szału nie tylko mnie ale i autorów tych czasem nieistotnych ale wypowiedzianych myśli. Nie wiem czemu tak mam. W żaden sposób nie wzruszają, nie poruszają, ba nawet nie obchodzą słowa mnie opinie obcych mi ludzi. Ale co do bliskich... no niestety często się czepiam. I często chyba wyolbrzymiam.
Jak www.Plotek robiąc z igły widły. A potem żałuję że się urażam i przepraszam ale i tak już kwiatami nie pachnie w powietrzu. Jakoś tak już nie idealnie się robi i każdy patrzy potem w fusy po herbacie, starając się wyczytać w nich jaki to teraz temat poruszyć (bo cisza gardło przecież wysusza).
Potem staram się obrażać. A to też mi nie wychodzi. Bo ja nie umiem się długo gniewać na tych co kocham, lubię, szanuję. Po prostu: szybko im zapominam. I nawet nie wiem czy to dobrze czy źle.
Dziś wybaczam i lecę do mojej miłości spełnionej.
W objęciach kochających ramion obejrzę film o niepełnionych miłościach...
No dobra przesadziłam: raczej jakieś bzdury z cyklu "zabili go i uciekł".
Ale to i tak bez różnicy. Ważne że potem z głową na piersi mojego Morfeusza (D.) zasnę snem rozmarzonym.
A mówili że bogowie nie istnieją - niewierni, mojego D. nie poznali ;)
Pozdrawiam gorąco i proszę o KICIUSIA
;)

skrzydła


wiem że można dotknąć sto razy i nie znaleźć niczego
wystarczało że dotknąłeś raz i znalazłeś całą mnie...


Teraz sama nie poznaję siebie.
Miłość nie tylko ogłupia ale i uskrzydla. Lecę...

poniedziałek, 11 stycznia 2010

natchnienie

Czasem zastanawiam się po co mi nowy blog.
Może dlatego że właśnie skończyłam jakiś etap w życiu i poszukuję czy może jestem inna.
W każdym razie moja inna poetycka strona zostaje bez zmian:
chcesz-mnie-poznac.blog.onet.pl
Ta zwykła, prozaiczna w nowej odsłonie...

Ostatnio w ogóle jakaś pusta się sobie wydaję. Mało we mnie natchnienia i ręki która poprowadzi pióro.
Dlatego nie mogłabym się żywić pisaniem. Z mówieniem mam lepiej.

Ale ostatnio natchniona komentarzem na jednym z wortali i moim "love" (jak raczy nazywać ich po imieniu moja kamaradka-czeska koleżanka Lenka) coś tam poskładałam.

Dlatego po raz pierwszy na tym blogu publikuję coś z innej beczki- drugą mnie:

****************************************

"Księga Nas"

Pełno w naszym życiu wielokropków

niedomówień które wiszą nad nami jak rosa w powietrzu o poranku

tworząc mgłę przez którą tak ciężko dojrzeć naszą przyszłość razem


Tyle w naszym wspólnym życiu wykrzykników

kłótni burzących dom który tak pieczołowicie budowaliśmy

na pisku naszych różnych charakterów


Gdzie nie spojrzeć tam znaki zapytania

wątpliwości zasiane przez zazdość

podlewane brakiem zaufania


Całe niebo zaimków

mój twój on ona

patrząc w nie szukamy gwiazd o astrologicznym znaczeniu my


Ale gdzieś głęboko między wierszami

tli się tęsknota i czułość

I mimo tych wszystkich ubarwień tekstu

nie chcę skończyć cię czytać



Moja ulubiona piosenka. Często słuchałyśmy ją z moją Justysią. Tęsknie za Tobą moja Droga. Brakuje mi naszych wspólnych rozmów, chwil milczenia.
Zabawne: kiedy byłyśmy młode i głupie, wierzyłyśmy że zawsze będziemy żyć obok siebie. A teraz? Ty w Anglii, ja w Bratysławie... Tyle kilometrów bas dzieli...
Ale mimo to ciągle wiem że jesteś mi najbliższa. Mimo że nie rozmawiałyśmy jakieś... Jezu, nie pamiętam nawet ile czasu temu.
Trzymaj się Jusia mocno...
Myślami jestem przy tobie :)