wtorek, 28 grudnia 2010

JUŻ- wersja skrócona,

Obiecałam dać wiedzieć i nie do końca obietnicy dotrzymałam...
Ale mam nadzieję, że wszyscy zrozumieją. Jakby co to mam zwolnienie od lekarza :)D


JEST!
Wprawdzie nie przyszedł w wielkich bólach, ale JEST.
23.12.2010 przyszedł na świat mój pierworodny.
3 700 g
52 cm
śliczny
kocha
cudo!!!
Tak się bałam bólów, porodu i na koniec skończyło się cesarką.
Ale jest.
Wczoraj wróciłyśmy do domu i dopiero teraz znalazłam chwilkę żeby zdać krótki wstępny raport.
Obiecuję więcej jak tylko znajdę więcej sił i czasu.
Będą szczegóły.
Jestem strasznie, straaaasznie, ale to straaaaaasznie szczęśliwa w roli matki.
PS, Dziękuję wszystkim za trzymanie kciuków. Buźka dla Was!

poniedziałek, 20 grudnia 2010

JUTRO!

Byliśmy dziś na kontroli u lekarza. Facet w zastępstwie mojego teraźniejszego położnika (mój nie omieszkał wziąć wolne) jak tylko zmierzył mi ciśnienie i spojrzał na wyniki zeszłotygodniowych badań USG i CTG, od razu wypisał mi skierowanie na hospitalizację.
Tak więc jutro o 8,00 zaczynamy.
Jakoś się ucieszyłam kiedy usłyszałam, że to już jutro się zacznie.
Wiem, że będzie strach, ból i inne związane z tym "przyjemności", ale przynajmniej wiem, kiedy.
Bo takie czekanie na godzinę zero mnie wykańczało psychicznie. Nie wiesz jak, nie wiesz kiedy, nie wiesz tak naprawdę co.
Teraz po sprawdzeniu torby i dokumentów, po wydaniu ostatnich instrukcji Lubemu, co i jak kiedy mnie nie będzie odzyskałam choć część spokoju.
Teraz tylko do rana....
Jak się sprężymy to może na Wigilię będziemy w domu.
Postaram się dać wiedzieć co i jak.
Na razie proszę całą wirtualną rodzinkę mojego Potomka o trzymanie kciuków.
Papa :))))))

sobota, 18 grudnia 2010

niespieszno

Miał już być i go nie ma. Ni ma i nie widać co by mu się zachciało.
Przewrotny ten nasz syn. Początkowo stresował mnie i lekarzy, że zawita do nas wcześniej, teraz się spóźnia.
Sprawdza mnie.
A dokładniej moją cierpliwość.
Czuję się jak mała bezradna dziewczynka co czeka na Mikołaja. Tylko, że ten mój prezent trochę mniejszy i wciąż to on decyduje.
Byłam na USG i zważyli go tym dziwnym sprzętem. Ponoć waży 3,850g!
No cóż czeka mnie jeszcze kilka dni z moim kochanym "plecakiem" z przodu.
:)))
U nas za oknem tony śniegu, to się nie dziwię, że mu niespieszno... :)

środa, 15 grudnia 2010

szansa

- Miał prawie wszystko. To prawie mu przeszkadzało...
- Miała wszystko i to wszystko to było za wiele...
Dzwonią od rana jeden przez drugiego.

Ale że co?!!! - bo nie bardzo w temacie z rana byłam.
- Separacja!!!
- Rozwód!!!
Jak można rozwód brać, separację ogłaszać, jak się ślubu jeszcze wziąć nie zdążyło.
- Bo to tak oficjalnie, jakby kto pytał.
- Nie było i nie będzie... i już...

No dobra, niech Wam będzie.
- No wiesz... choć trochę współczucia...
- Ty pewnie też przeczuwałaś że tak będzie, stąd ten spokój.
Ja nic nie przeczuwam. Ot, ich sprawa. Jak mnie można oceniać związki innych.
Przecież to ich co w nich i między nimi...

Ciężka sprawa, taki rozłam w związku przyjaciół.
Bo nie chcesz stawać między ale nie chcesz i po jednej stronie.
Obiektywnie czy subiektywnie...
Doradzić czy dać spokój.
Jak i dla kogo być przyjacielem...

Miłość od pierwszego wejrzenia. Zaczarował jej świat. Pokazał jak można kochać. Przy nim zrozumiała, że można być szczęśliwym. Zostawiła męża, który i tak już ją dawno zostawił obok siebie.

To ona pokazała mu, że zasługuje na miłość. Że wszystkie groźby matki pijaczki, że nikt go nie pokocha to tylko groźby. Pokazała, że można go pokochać i że wcale nie musi mieć wianuszka kobiet, by poczuć się potrzebnym.

Różnili się wszystkim... Ona romantyczka, zasłuchana w Niemena
On, jak sam rad się nazywać realista, nienawidzący Niemena.

Ona rodzinna, kochająca wieś, spokój...
On samotnik, kochający tylko wielkie miasta.

Ona delikatna, dyplomatyczna, zawsze starała się nikogo nie urazić.
On mistrz ciętej riposty, zawsze mówiący szczerze co myśli... albo prawie zawsze...

Byli różni... ale obok siebie idealnie dobrani. Jak dwa puzzle.

Mają dwoje kochanych dzieci. Kochanych i długo wyczekiwanych.
Już się kilka razy rozstawali. Już nie chcieli, już im sił brakło, zarzekali się, w piersi bili.
Ale zawsze wracali.
Ona bo kocha ponad wszystko: ponad zdradę, pod inną...
On jak bumerang, zawsze wracał do niej... w jej ramiona, do jej miłości...

A obok zawsze stoją ich dzieci... i starają się zrozumieć.

Szlag mnie trafia, jak o nich myślę. Ludzie nie potrafią docenić tego co mają.
Szukają w partnerze ideału, księcia którego sobie wyśnili. Starają się przerobić, dorobić, tu wystukać, tam dostukać... A przecież nie o to chodzi. Nie za ideał się kochamy.

A oni marzą o innych. Ona o innym Onym, takim jakiego sobie wyśniła, nawet bez konia, ważne że z tym gestem, z tym słowem...
On marzy o innej niż Ona... o bardziej nie Onowiej, ale za tą jej Onowość przecież ją kocha.
Marzą obok siebie i czasem te ich marzenia bolą drugiego.
Bo to co ich łączy to niechęć do kompromisów.
Bo ma być tak a nie inaczej.
I ona zapisuje mu jego wad, wylicza błędy, a on z ambicji i przekory stara się by lista była długa.
Ona zamyka go w złotej klatce z której on stara się jeszcze bardziej uciec.
A mimo wszystko zawsze spoglądają w swoją stronę...

Ja kocham ich obu. Rozumiem i jedno i drugie. Rozumiem ich razem i osobno. Po trochu.
Nie radzę. Słucham. Czekam.
Choć nie wiem czy dla nich lepiej by byli razem czy by byli osobno. Więc poczekam, przeczekam i teraz...

Się czegoś przecież doczekam...


(chyba z 2007 roku, ale nie pamiętam... wiem że chyba o nich)
"Szansa"
Ile można wymagać od miłości?
Ile można gonić marzenie idealne tak bardzo że aż nierealne?
Kochać to czego kochać się nie chce?
I chcieć kochać tak jak się kochać nie potrafi?
Tak nie można...
Bo ile można marzyć?
Udawać że się żyję i marzyć o życiu obok w wymarzonej miłości?
Można za to spaść z wysoka...
z chmury która zasłania mi prawdziwą miłość
I zgubić słońce - Ciebie
Samotnie licząc siniaki...



Dziś cały dzień we mnie to gra:

wtorek, 14 grudnia 2010

zwalniając

Nigdy nie lubiłam czekać i nie polubię.
Najgorsze jest to, że nic odnośnie mojego czekania zrobić nie mogę.
Termin jak byk wpisany wszędzie do ciążowych dokumentów: 17 Grudnia!!!
Wiec czekam i szlag mnie trafia pomału.
Bo jedyne o czym myśleć mogę to to co to będzie, jak to będzie i do cholery KIEDY będzie!!!
Wyczytałam dziś dodatkowo, że dnia wyżej wymienionego jest święto. A jak!!! Dodatkowo dość istotne dla samego porodu, bowiem dzień bez przekleństw. Czyli nawet poprzeklinać sobie nie będę mogła.
Zaczynam popadać w jakąś paranoje.
Staram się znaleźć jakieś zajęcie dla siebie, bo inaczej będę tylko przeglądać portale dla ciężarnych, młodych mam, rodziców i o dzieciach...
I wyobrażać sobie jak to się zacznie...Czy najpierw woda, czy najpierw ból?..
Czy będę panikować, czy może skakać do góry z radości że JUŻ?
Dziś staram się wyluzować. Zrobiłam sobie kawę INKĘ i zamierzam się relaksować nie myśleć przez chwilę o Małym. Tylko o czym mam myśleć?
Może sobie politykę jakąś zapodam...
Nie chcę mi się planować świąt. Jakoś nigdy za nimi nie przepadałam i nie przepadam. Szczególnie za tym marketingiem w okół nich i paranoją jaka nas ludzi ogarnia w czasie przygotowań. Nie kręci mnie ten cały świąteczny wir.
Wprawdzie to pierwsze święta u nas (czytać w naszym domu, nie u rodziców), ale jakoś jeszcze nas nie rusza cały ten szał...
Może zacznie...
Nie wiem...
Zobaczym...
A propos: można mieć żywą choinkę przy małym dziecku?
K.... znowu zaczynam... :P

poniedziałek, 13 grudnia 2010

czekając...

Chciałabym przywitać oficjalnie całą naszą nową wirtualną rodzinkę... Wszystkie ciocie, wujków, babcie, siostry i kuzynów... :D
Wiem, że co niektórzy co się z nami już zżyli nie mogą się, podobnie jak ja doczekać kiedy informacji, że to JUŻ!!!
Ale niestety... :( Mimo naszych chęci i próśb małemu wcale nie spieszno.
Parę tygodni temu drżałam na myśl, że może się urodzić wcześniej. Tym bardziej, że jakieś badania i ogólna opinia lekarza była taka, że syn mój wielki i za chwilę może się pojawić...
Dwa tygodnie temu będąc na kontroli u lekarza położnika w szpitalu w którym będę rodzić, usłyszałam, że mogę się na USG zapisać, ale i tak pewnie nie zdążę...
Tydzień temu usłyszałam, że widzimy się po raz ostatni przed porodem, choć on nawet i tego już się nie spodziewał.
Dziś usłyszałam, że małemu WYRAŹNIE się nie spieszy i że za tydzień w poniedziałek znowu mogę się pojawić. A termin "właściwy" na piątek. Muszę czekać.
!!!
Ale ja za tydzień nie chcę. Ja już chcę!!!
Dłuży mi się strasznie to czekanie. Im bliżej tym dalej...
Chciałabym już przytulić, pogłaskać... Jestem ciekawa jakie ma oczka, włoski, rączki...
Czuję się ciężka... na nic nie mam siły... ryczę na reklamie mleka... ryczę jak oglądam coś o psach.. ryczeć mi się chce nawet w sklepie obok półki z papierem toaletowym...
NIENAWIDZĘ CZEKANIA!!!

Pocieszam się moim ukochanym Foggiem. Nie ma piękniejszego męskiego głosu. Polecam wszystkim...
Dla każdego coś dobrego:
DLA SMUTASÓW:


DLA UŚMIECHNIĘTYCH:

sobota, 11 grudnia 2010

nocne polowania

 Na dobry dzień: 

Słuchamy sobie z potomkiem tego zawsze rano przy śniadanku. :))))



Kiedy Luby dowiedział się, że zostanie ojcem, ponoć jak każdy prawdziwy mężczyzna w pierwszej kolejności pomyślał o zmianie auta.
Nie żeby to które mieliśmy było mało rodzinne. Ot, kombi po prostu.
Ale nie... Kochanie moje zażyczyło sobie coś co nazwał bardziej wygodnym, bezpiecznym...
I tak oto na urodziny staliśmy się właścicielami czegoś co nazywa się dumnie SUV, marki BardzoDrogiWóz. Po podpisaniu umowy o zakup, pan w salonie raczył nas poinformować, że model tegoż oto auta według badań przeprowadzonych przez jakieś ważne instytucje jest zaraz po naszym krajowym, pięknym "Maluchu" (tat, tak, tym o którym myślicie) najczęściej kradzionym autem w tej części Europy.
Fajnie...
Może to był marketingowy chwyt, ale wykupiliśmy dodatkowe pakiety ubezpieczeniowe, wszystkie możliwe zabezpieczenia i było ok. Żyliśmy szczęśliwi i zadowoleni.
Do czasu...
Licho bowiem nie śpi i trzy dni temu w nocy ktoś, nieudolnie na nasze szczęście, próbował się włamać, bądź w następnej kolejności odjechać naszym cackiem. Starał się, starał... nawet się do tego przygotowywać musiał, bo i wiertarką wiercić próbował. Ale się nie udało.
Za to zamek rozwalony i wymieniać trzeba wszystkie cztery klamki. A że auto z marki BędzieszMiałWydatki to jakiś k....ewski, nie mylić z królewski, zamek na zamówienie musi mieć. Więc auto stoi przed domem i czeka. A wraz z nim od trzech nocy w oknie stoi mój Luby. I czeka... Na złodzieja, który już nie ma odwagi się pokazać.
Szczęście w nieszczęściu, że od trzech dni sypie straszliwie i zimno, to przynajmniej mam Lubego w domu, bo podejrzewam, że inaczej spałby w tym aucie.
Dziś rano nadeszło wybawienie!!! Sąsiad posiadający garaży sztuk dwie, auta niestety tylko sztuk jedna, zgodził się przechowywać swoje wiadra po ostatnim remoncie w piwnicy i wynająć nam jeden z nich. Tak oto, zaraz po porannej kawie staliśmy się posiadaczami garażu. Teraz trzeba pilnować, coby garażu nie wykradli.
Pozytywną stroną bezsenności Lubego był fakt, że mogliśmy spędzić jeszcze więcej czasu razem.
Ostatnie dni ciąży dają się mi jeszcze bardziej we znaki, bo już prawie całkowicie uniemożliwiają spanie. Ciężko mi znaleźć wygodną pozycję, a jeśli już to i tak nie mogę zasnąć.
Staliśmy więc razem przy oknie, popijając ciepłą herbatę, bądź mleko i planowaliśmy ostatnie dwa lata do pełnoletności naszego syna.
Czekamy na naszego szanownego potomka w zniecierpliwieniu... Luby wymarzył sobie datę 12,12 więc czekamy do jutra. Jeśli nie to potem życzylibyśmy sobie, aż w czwartek późnym wieczorem, bo po południu mają nam dowieźć nową kanapę. Zobaczymy... Może grzecznie posłucha...
A to nam towarzyszyło w nocnym polowaniu na złodzieja...

wtorek, 7 grudnia 2010

się chwaląc nieskromnie

Geny dostaje się w prezencie. Nie zawsze jednak to prezent mile widziany.
Jako najmłodsza przedstawicielka płci piękniejszej w rodzinie, jakoś nie miałam wątpliwości, że w trakcie ciąży przybędzie mi trochę kilogramów i niekoniecznie będę mogła zrzucić to na dzieciaka. Żadna kobitka w mojej rodzinie nie przytyła mniej niż 20 kilo. Jakoś wiedziałam, że i mnie to czeka.
I stało się. Dziś doliczyłam się 25 kilograma.
A nie opycham się jak głupia. Staram się jeść często, ale w mniejszych ilościach. Prawie nie jem słodyczy, za to dużo witamin. Ale kilogramy są.
Pamiętam jak zaczęłam przybierać na wadze. Byłam podminowana. Przecież tyle wysiłku kosztowało mnie utrzymanie względnej "figury", drakońskie diety i wszystkie te zabiegi z kremami, maściami i żelami.
A tu proszę...
Zaczęłam szybko przybierać na wadzę...
Dziś mam straszne rozstępy na brzuchu, mimo iż stosowałam wszystkie dostępne smarowidła na rynku. Ogromny brzuch, biust, tyłek i uda.
Ale o dziwo, mimo iż czasem kiedy muszę coś zrobić lub znajdę swoje odbicie w lustrze i widzę ogromną słonicę.... o dziwo czuję się atrakcyjna. Jakaś kobieca, wyjątkowa.
Wiem, że to jak się czuję jest ogromną zasługą mojego Lubego. Od samego początku dawał mi ogromne poczucie akceptacji. Powtarzał, że kocha ten nasz brzuch, że rozstępy miną, być muszą, tłumaczył, pocieszał... Każdego dnia powtarzał jak ciąża mi służy, jak uwielbia mój (nie ukrywajmy większy) biust. Dziś nie widzę swoich ud i stóp, ale za to odnajduję podziw w jego oczach. Uwielbiamy wieczorami obserwować ruszający się brzuch...
Nawet w jego żartach, typu "Mój Grubasek" nie znajduję nic negatywnego.
Ta akceptacja i miłość jest dla nas kobiet bardzo ważna. To chyba najlepsze co mógł mi dać, zaraz po opiece nad nami i miłości. Zresztą to tylko kolejny dowód jak cudownego mam faceta. :)))
Można zazdrość... ;) 

poniedziałek, 6 grudnia 2010

zaczynam moralizować

Chyba każdy kto tu zajrzy nie będzie mieć wątpliwości, że tematem "namber jeden" ostatnich miesięcy jest moja ciąża i wszystko co się wokół tego kręci.
Bo jakżeby inaczej. Od chwili kiedy nabrałam pewności co do swojego zbliżającego się wielkimi susami macierzyństwa tylko to zaprząta mi głowę. Może mam obsesję, może trochę schizę jakąś, ale co mi tam.
Wolno mi!
Znowuż z powodu zbliżającej się daty porodu, jak większość dwudziestoparolatek serfuję po internecie w poszukiwaniu wiarygodnego bardziej bądź mniej źródła wiedzy na temat tegoż doświadczenia.
A może podświadomie staram się wyczytać, że to będzie szybko, łatwo i bezboleśnie...
Walczę każdego dnia sama z sobą, by nie podglądać na Youtube wideo z porodu. Ciekawość mnie zżera, a z drugiej strony boję się, że jeszcze bardziej spanikuję i może powiem, że nie... Dziś przez moment do głowy przyszło mi nawet czy nie załatwić sobie jakimś cudem cesarki.
Ale staram się być dzielna. Na staraniu na razie się kończy...
I tak podróżując po tych moich portalach dla ciężarnych, dla przyszłych mam, dla mam, o dzieciach i dla dzieci, trafiłam na artykuł o paleniu i piciu w ciaży .
Te statystyki mnie powaliły. Może to tylko 11% palących w ciąży. Może to aż 11%.
Następne tyle pijących.
Ok, może nie jestem święta, bo paląca byłam. Ale z chwilą kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży odstawiłam od razu i papierosy i alkohol. A nie ukrywam, że należały one do moich słabości. Ja po prostu lubiłam sobie palić, popijać wieczorem winko. Dla dziecka nawet kawę odstawiłam, zmieniłam dietę...
Nie rozumiem kobiet, które palą i piją będąc w ciąży. Przecież odpowiadają one już nie tylko za siebie, ale przede wszystkim za to maleństwo, które noszą w sobie.
Owszem spotkałam się z komentarzami tych które paliły i urodziły zdrowe dzieci. Mam nawet kuzynkę, która spogląda na mnie jak na UFO, kiedy odmawiam kawy czy papierosa, nie mówiąc o alkoholu. Przecież je syn jest zdrowy a ona nie musiała z niczego rezygnować. I dobrze. Niech się dziewczyna cieszy ze swojego szczęścia i Bogu dziękuje, że mały Pawełek jest zdrowy... (chociaż czy ktoś w 100% może mi zaręczyć, że te jego ciągłe anginy i osłabiona odporność to przypadkiem nie wina mamusi...)
Ja wolę nie ryzykować. Bez fajek żyć można, bez wina też... jakoś daję radę...
Mam nawet czasem wyrzuty sumienia, czy nie zaszkodziłam małemu przez pierwsze tygodnie (dowiedziałam się w drugim miesiącu) paleniem. Strasznie się tego bałam od początku ciąży. Chyba już zawsze będzie mnie to męczyć.
Szlag mnie tylko trafia na myśl o tych co wciąż w ciąży palą i piją...
Przed i po nasza sprawa, nasze zdrowie, ale w ciąży nasz organizm już nie do końca należy tylko do nas.
Opamiętać się baby!

No... trochę mi ulżyło jak frustracji trochę z siebie wylałam... Zawsze pomaga, jak mi już ciśnienie w pokrywkę wali...Trochę sobie pomoralizowałam i mi lepiej... Miłego wieczoru więc wszystkim życzę...

sobota, 4 grudnia 2010

w oczekiwaniu

Nigdy nie lubiłam, nie lubię i raczej nie polubię czekania...
A tu czekam na cud.
Nie na coś normalnego, nie na kogoś kogo nie widziałam parę dni.
Czekam na swojego synka.
Na kogoś kogo z miłością wyczekuję już tyle miesięcy.
Kogoś kogo nie widziałam, ale już zwojował mój cały świat. Wywrócił go do góry nogami.
Czekam...
Te ostatnie tygodnie są najgorsze...
Przygotowałam się już teoretycznie do porodu. Mam wszystko spakowane, kupione, załatwione... Teraz tylko on...
ON On on
zaprząta mi głowę całymi dniami.
Jeszcze tylko parę dni...

środa, 1 grudnia 2010

nieproszone przywileje

Byliśmy dziś z Lubym na zakupach. Zwyczajnie... znudzona siedzeniem w domu i odtwarzaniem mrocznych scenariuszy na temat czekającego mnie porodu, postanowiłam mimo strasznego śniegu na zewnątrz, udać się na spacer między półkami.
Przy okazji zahaczyliśmy o stoisko z dziecięcymi akcesoriami i zaopatrzyliśmy się w elektroniczną nianię. Można więc uznać, że jesteśmy prawie gotowi do przywitania potomka. Prawie, bo psychicznie to chyba do ostatniej chwili nie będziemy.
Pierwszą rzeczą widoczną, kiedy swym pingwinim krokiem zbliżam się gdziekolwiek, jest mój ogromnej wielkości brzuch. Trzeba być chyba ślepym albo wyjątkowo inteligentnym inaczej, by pomylić mnie, czyli ciężarną z czymkolwiek. Tym bardziej, że mój 38 tydzień ciąży wyjątkowo daj mi do wiwatu, co wyraźnie widać po moim wytrzeszczu twarzy.
Luby dumnie kroczy obok mnie taszcząc moją pełną przekąsek, papierów i niezbędnych rzeczy torbę oraz pchając, ciągnąc, bądź tocząc wózek z naszymi zakupami. O dziwo wygląda na dumnego. Z czego? Raczej nie z posiadania prywatnego wieloryba...
Staliśmy w kolejce rozmawiając o śnieżnej zamieci, kiedy nagle pan przed nami zaproponował, że przepuści nas w kolejce.
Szok! Zwyczajnie mnie zatkało. W ciąży jestem już dość długo. Znaczy tyle ile zwyczajna statystyczna ciężarna czyli 38 tygodni, ale stan ten odmienny, bardzo szybko stał się widoczny. Już w czwartym miesiącu można było bez problemów zauważyć, że jest nas zdecydowanie dwoje. Za to od siódmego miesiąca wszyscy sądzili, że na dniach urodzę, albo że spodziewam się co najmniej bliźniaków.
Ale pierwszy raz od tych paru miesięcy, ktoś oprócz Lubego zaproponował mi skorzystanie z jakiegoś przywileju.
Nie ukrywam, że stanie w kolejkach nie jest moją ulubioną formą spędzania czasu. I to bynajmniej nie z powodu lepszej alternatywy na wykorzystanie tychże chwil. Zwyczajnie, ciężko mi się stoi mając przed sobą kilkukilogramowy plecak. Ale jak zawsze kasy dla uprzywilejowanych zamknięte.
Grzecznie jednak podziękowaliśmy panu przed nami. Biedak sam miał chyba z siedemdziesiąt lat, w dodatku tylko mleko i chleb, my zaś cały wózek.
Ale liczy się gest, chęć. Vivat Dżentelmeni!!!
Zanim jednak zdążyliśmy podziękować, w kolejce przed nami i za nami rozpoczęła się debata.
Pani przed panem stwierdziła, że za czasów jak ona w ciąży, to nie było przywilejów dla ciężarnych. A stała po kilka godzin w kolejkach, bo w sklepach nic prawie nie było. A teraz proszę... Traktuje się ciążę jak chorobę.
Na co druga pani stwierdziła: że owszem ciąża nie choroba, nie inwalidztwo. A jak tak, to w domu siedzieć. Ona w dniu porodu (zapewniała, bijąc się pięścią w piersi obwisłe) jeszcze podłogę i okna umyła. Ale ci młodzi dziś się patyczkują, rozczulają...
Pan za nami dostrzegł inną stronę problemu: mojego Lubego. Przecież to niedorzeczne jak bezczelnym można być i żonę wykorzystywać do zyskania miejsca w kolejkach. Miałby mnie Luby w domu przy garach zostawić, albo do kaloryfera przywiązać, a nie po sklepach ciągać.
Na to już nie mogłam powstrzymać narastającej furii u Lubego. Zaczerwienił się, zapowietrzył... a spokojny z niego i opanowany typ, po czym w formie obrony ruszył do ataku. Bo cóż też pana za nami interesować może czy żona musi czy nie musi przy garach siedzieć, czy fakt, że w ciąży robi zakupy sprawia że jest mniej w ciąży czy też może czyni ją on ubezwłasnowolnioną i pozbawioną prawa robienia zakupów.
I rozpętało się piekło. Dosłownie i w przenośni...
A my winni całego zamieszania: ja i starszy pan uśmiechaliśmy się tylko do siebie kiwając głową. Chciał staruszek dobrze, wyszło źle.
Ja o przywileje nie prosiłam a musiałam zmierzyć się z brakiem zrozumienia o które nawet nie marzyłam...
Wystaliśmy swoje w kolejce, ja i starszy pan...
Odchodząc od kasy jeszcze raz uśmiechnął się do mnie, puścił stare pełne zmarszczek oczko, wyciągnął z kieszeni cukierka i wciskając mi go w dłoń odszedł bez słowa.
Mało jest takich dziadków jak on... 
Nawet kiedy odchodziliśmy od kasy dyskusja dalej się toczyła. Na szczęście już bez naszego uczestnictwa...

niedziela, 28 listopada 2010

pogodynka

Dziś liryczniej... 
Wprawdzie stare to już lat kilka, ale tak do mnie dziś znowu przywitało... Cały dzień mi po głowie chodzi...
Śmieszne jak ludzie się zmieniają... poważnieją...
Jednym z najlepszych pomysłów jakie miałam, to zapisywać wszystkie te wypociny, bo dziś tyle przeżyć mi daje możliwość powrotu do tamtych czasów...
Dzięki tym wierszą dziś lepiej rozumiem siebie z przed lat...
Jestem bardziej wyrozumiała dla tamtej mnie...

Może jak przeczytam ten blok za parę lat, to sama swój fanclub założę... :)
Albo się znienawidzę.... Chciaż... ;)



"pogodynka"

Czasami myślę że jestem jak pory roku.

Czasem zimna jak śniegi w styczniu, swym tchnieniem zamrażam swe uczucia tak łatwo jak grudzień jeziora w lodowisku.
Nie zważając na to co czujesz, ranię Twe serce soplami ze swych jesiennych łez.

A Ty jak taka "moja Marzanna" roztapiasz wszystko i sprawiasz że znowu rozkwitam.
Dla Ciebie.
Wypuszczam kolejne pączki tej naszej miłości i staję się romantyczna.
Nawet ptaki namawiam by świergotały w rytm naszych serc.

Zatracam się w tej naszej miłości tak głęboko iż nadchodzą gorące dni lata.
W słonecznej gorączce doprowadzam nasze ciała do wrzenia, a serca aż płoną z miłości.
Ukazuję ogromm swego uczucia w słupku rtęci, mierząc go w stopniach Celsjusza.

Porażenie słoneczne serca leczę w melancholii jesieni.
Staję się sentymentalna.
W ulewie z moich rozterek zakładasz swe różowe kalosze i do wiadereczka mopem ze swego optymizmu zbierasz moje kryształowe łezki, jedna po drugiej.
Zbierasz suche liście z moich wspomnień i układasz je w ogromne serce z napisem "Kocham".

Brniesz rok po roku z tym swoim uśmiechem. Przetrzymujesz chłody zimy i gorąc lata.

Jesteś przy mym wiosennym rozkwitaniu i przekwitaniu jesieni.
Kroczysz dumnie i wciąż powtarzasz że mnie kochasz.
Prawie Ci wierzę.
Bo tylko miłośc utrzyma Cię przy mnie.
No i Twój optymizm.
To że wciąż liczysz na anomalia pogodowe.
Bo przecież tą moją zmiennośc kochasz...



Obraz pochodzi ze strony //www.gurufreebies.pl/

sobota, 27 listopada 2010

Razem czy osobno?

Ostatnimi laty popularne stały się porody rodzinne. Przez kilkaset lat mężczyźni byli wykluczeni z końcowej fazy przyjścia na świat nowego człowieka. Nikomu nawet do głowy nie przyszło by ojciec był obecny przy samym procesie rodzenia. Pisane było więc mężczyźnie stać pod drzwiami i czekać.
Pamiętam wszystkie te filmy, kiedy "twardzi" mężczyźni z przerażeniem słuchają krzyków swojej kobiety dochodzących zza drzwi, nerwowo przemierzając korytarz w tę i z powrotem.
Ale czasy się zmieniają. Zmieniają się i poglądy i przyzwyczajenia. Czasem technika nie nadarza, czasem nie nadarza psychika.

Dziś z każdej strony słyszy się o porodach wspólnych. Kiedy to w końcu ojciec może uczestniczyć w narodzinach potomka. I podobnie jak kiedyś niewyobrażalne było aby przy tym "cudzie narodzin" był obecny, podobnie dziś niewyobrażalne stało się by przy nim miałoby go zabraknąć.
Co rusz pytają się nas czy mój Luby przy porodzie będzie. Choć pytaniem nazwać raczej tego nie można, bowiem o dziwo dla wszystkich jest to sprawa oczywista, i dla tych co już tą przyjemność mieli, ale i dla tych co ich ona ominęła.
Może nie byłoby w tym nic dziwnego i bulwersującego mnie w soboty oraz inne poranki, gdyby nie reakcja tychże ludzi na nasze pełne stoickiego stwierdzenie, że nie.
Była to bowiem jedna z pierwszych rzeczy, które ustaliliśmy z Lubym na wieść o naszej ciąży. Że pod drzwiami to on owszem, ale na samym "cudzie" to już nie bardzo.
Nie można powiedzieć, żeby bał się krwi bądź krzyków. Wręcz przeciwnie: ból i krew (wprawdzie niekoniecznie moja) mu nie przeszkadzają, ale jednak nie ma ochoty w tym uczestniczyć.
Pierwszą moją reakcją, było zdziwienie. Bo przecież wszyscy jego i moi koledzy opowiadali o tym z takim zaangażowaniem i dumą. Ale potem przyszło zrozumienie.
Przecież bez względu na to jak bardzo i szaleńczo go kocham nie wiem czy chciałabym być świadkiem jego bólu. Może co innego jeśli chodzi o sam fakt uczestniczenia w przyjściu na świat mojego dziecka, ale przecież jestem kobietą i dla nas ten "cud" ma całkiem inne znaczenie i inaczej nas naznacza niż mężczyzn.
Dlatego bez żalu pogodziłam się, że końcową fazę naszych 9 miesięcy oczekiwań przyjdzie mi znieść samej.
Choć i jemu za tymi drzwiami nie zazdroszczę, bo znieść bezradność będzie mu pewnie ciężko. Podobnie jak oczekiwanie...
Nie rozumiem jednak reakcji innych. Nasza decyzja jest zawsze szeroko komentowana, a nade wszystko często krytykowana. Jest to czasem na tyle karykaturalne, że wręcz śmieszne. Wszystkie te kobiety które mnie pocieszają, poklepując po plecach (czego a propos nienawidzę) ze słowami, że może jeszcze zrozumie. Wszyscy ci mężczyźni, którzy opowiadają o swoich przeżyciach i starają się wręcz na siłę Lubego przekonać.
Czasem śmiechu warte, czasem nieźle wkurza...
Bo przecież to musi być nasza decyzja. Nasz wybór. A przede wszystkim jego. To on musi chcieć, on musi tego potrzebować.
Na co mi zmuszony presją otoczenia, nowymi tradycjami czy obowiązek facet, który zamiast trzymać za rękę sam musi być trzymany?
I tak sporo roboty mnie czeka.

Nie uważam żeby postawa Lubego świadczył o jego niedojrzałości, bądź egoizmie. Cieszę się, że powiedział otwarcie, że nie czuje się gotowy na uczestniczenie w porodzie. Świadczy to o jego zaufaniu do mnie i szczerości, która jest dla mnie tak ważna. Nie czułabym się dobrze z tym, że był, bo był zmuszony.
Szkoda, że nie wszyscy są w stanie nas zrozumieć.
Mężczyzna to całkiem inna istota. Oni inaczej niż my przeżywają przyjście na świat swojego potomka. Podobnie jak oni nie zrozumieją każdej naszej reakcji, podobnie i my nie zrozumiemy ich. Ale czy z tego powodu, że nie płaczą na widok każdego brzdąca, że nie rozczulają się na widok małych śpioszków, czy też nie koniecznie chcą być przy samym porodzie, należy umniejszać ich rolę. Przecież w nich też zachodzi wielka zmiana. Dla nich to też emocje, strach, przeżycia. Czy na pewno mniejsze od naszych?

Ostatnio po jednej z wielu "sesji przekonywania" Luby przyszedł i stwierdził, że jeśli naprawdę mi na tym zależy to on jednak pójdzie. Odmówiłam. Starał się nie okazywać tego, ale chyba kamień spadł mu z serca.
Wiem, że jeśli poproszę pójdzie. Ale czy ja chcę...
Przez te wszystkie miesiące, przygotowując się do wydarzenia, które nas czeka za parę dni, przywykłam już do myśli, że nie będzie go obok. I może go ominie wiele... ale to jednak nasza świadoma decyzja. Nasza. Podobnie jak nasze dziecko.
Czy więc na pewno powinni uczestniczyć w podejmowaniu tej decyzji inni?

czwartek, 25 listopada 2010

miś

Kto ma misia, miałby i wiedzieć, że dziś najlepszy przyjaciel z dzieciństwa ma swoje święto. Ale misia miał lub ma prawie każdy.
Z Barbi bywało różnie, za to pan Miś gościł w każdym chyba domu. Czasem bez oka, czasem z naderwanym uchem. czasem brudny... inwalida... ale zawsze...
Sama historia jegomościa jest interesująca: było bowiem raz, że prezydent Stanów Zjednoczonych Teodor "Teddy" Roosevelt wybrał się na polowanie. Jego towarzysz postrzelił małego niedźwiadka. Widząc przerażenie malca, prezydent nakazał go uwolnić.
Całe to zajście zostało przypadkiem, lub nie, uwiecznione na jednym z rysunków grafika poczytnego "The Washington Post".
Następnie pewien emigrant z Rosji, właściciel niewielkiego sklepiku zainspirowany grafiką, pozyskał zgodę samego prezydenta na produkcję maskotek o imieniu "Teddy".
Wszystkie misie, które znamy dziś to najprawdopodobniej kuzyni owego "Tadzia".

Jest obecny w każdym domu, zna wszystkie nasze najskrytsze sekrety, wszystkie radości, zna też niejeden smak łez...
Więc wszystkiego naj i kolejnych 100 lat życzę wszystkim misiom... 


Wczoraj byłam u lekarza. Okazało się, że mojemu Zdzisiowi coś się spieszy na ten świat i chce wyemigrować ze mnie przed czasem. Mam nadzieję, że jeszcze trochę wytrzyma.
Z jednej strony już bym chciała go przytulić, zobaczyć jakie ma oczka, nosek...
Z drugiej... wiem, że będzie mi go brakować pod sercem, nawet tych jego kopniaków... :)
Dziś święto misia, więc kupiłam małemu jego pierwszego misia. Czeka na niego w łóżeczku... Mam nadzieję, że podobnie jak mój będzie dla niego przez najbliższe lata najlepszym i najwierniejszym przyjacielem.

Mój Luby dziś musiał wyjechać na dwa dni. Zostałam więc sama z naszym misiem i pozostało nam tylko czekać. I na tatę i na synka... ;)
Buźka :*

środa, 10 listopada 2010

po imieniu

W Wikipedii znalazłam taką oto notkę:
"Imię (łac. nomen) – osobista nazwa nadawana jakiejś osobie przez grupę, do której należy. Wraz z nazwiskiem, czasem patronimikiem (ros. отчество — otcziestwo), a rzadziej przydomkiem stanowi u większości ludów podstawowe określenie danej osoby.
Imię wywodzi się prawdopodobnie od przezwiska; z czasem nabyło ono silnego rysu magicznego. Łączy się to z pradawną – nieistniejącą już u większości społeczeństw – funkcją języka, zgodnie z którą nadanie nazwy jakiemuś obiektowi, przedmiotowi, osobie poczytywano za zdobycie władzy nad nią. Tym samym rodzina nadawała dziecku imię, aby wyposażyć je w pewne cechy, "zaprogramować" jego przyszłość lub odwrócić nieprzychylny bieg wydarzeń; imię było wróżbą, błogosławieństwem, życzeniem. W Polsce za przykład posłużyć mogą tradycyjne imiona słowiańskie. "
Dla ciekawych dalszej części podaję link:  http://pl.wikipedia.org/wiki/Imi%C4%99 

Czemuż to w środowe popołudnie zajmuję się czytaniem wolnej encyklopedii?
Otóż nie jest to moje nowe hobby, oj nie...
Ale za parę tygodni świat powitać ma nowego człowieczka, za którego życie będę przez parę ładnych lat, jeśli już nie do końca moich, odpowiedzialna. 
Najczęstszym pytaniem, które słyszy przyszła matka to zaraz po płci oczywiście jego imię. 
Więc już od paru ładnych miesięcy planujemy, głowimy się z Lubym jak to nazwać swego potomka. 
Że potworek mały przekorny był, długo nie raczył zdradzić nam czy też imię męskie czy też damskie będzie się mu należeć. Niestety, nawet kiedy już uchylił rąbka tajemnicy, wybór imienia nie był i wciąż nie jest łatwy. 

No bo przecież wybranie imienia to wielka odpowiedzialność. Dziecko przecież będzie je słyszeć niezliczoną ilość razy dziennie. Z imieniem ma się identyfikować i odwracać na jego dźwięk na ulicy. Imię tworzy niewątpliwie naszą tożsamość, kroczy z nami przez całe życie.
Wybór imienia to dla nas prawdziwy dylemat. Przecież to od rodzica zależy czy dziecko będzie biegać po świecie z imieniem, które nosi pół osiedla, czy też będzie musiało stawić czoła miną ludzi na dźwięk wielce wyszukanego.
Moda na imiona zmienia się podobnie jak moda na buty. Za czasów mojej szkolnej młodości po szkole biegały same Anie, Justyny i Pawły, teraz katusze przeżywa moja chrześnica, która jest piątą w klasie Julią i ma dwie koleżanki Samanty oraz trzy Oliwie.
Kiedyś Stasiek, Józek czy Franek wzbudziłby złośliwe komentarze wśród rówieśników, dziś jest to imię jak najbardziej na miejscu. 

Ale medal ma dwie strony... 
Egzotyczne imiona budzą nieufność a zarazem ciekawość połączoną z małym zamieszaniem. 
Czy imię ma się więc podobać tylko rodzicom? Przecież to nasz mały szkrab będzie biegać z nim przez całe życie (chyba że jak Frytka postanowi je publicznie zmienić). 
Ale czy ma być oryginalne by już na początku dodać mu indywidualności czy też powszechne by nie wyróżniał się z tłumu?
Bądź mądry....
Męczy nas to z Lubym już kilka ładnych miesięcy. Bo czy ma być Bruno, Remigiusz, Dawid czy po prostu Piotr, albo według życzenia babci Wiktor.... 
Nie mogąc się zdecydować wybraliśmy na okres przejściowy imię Zdzisław, bo przecież jakoś zwracać się do niego musieliśmy, a powszechnie przecież wiadomo, że już nas słyszy.
Zdzisław, Zdzicho, Zdzisiu brzmiało swojsko i do ucha. Każdy Zdzichu, którego znamy to swój i równy chłop, co uroku mu odmówić nie można.
Został więc na okres tymczasowy Zdziś. 

Kiedy ktoś nas pyta teraz jak nazwiemy syna bez namysłu odpowiadaliśmy Zdziś. Nas to bawiło z powodu nam oczywistych, czyli miny rozmówcy. Trochę rozbawienia, trochę zdziwienia, niewiary, pogardy... 
Na początek, owszem, był to żart, ale teraz zaczyna nam się imię coraz bardziej podobać. Za to rodzina coraz bardziej serio zaczyna odradzać nam nasz wybór. 
I czemu lub komu tu ulec? Komu zrobić dobrze?


Utrudnieniem dla nas jest fakt, że nasz potomek będzie przemieszczać się między trzema krajami, z czego w dwóch będzie dość często.
Więc Zdzisław po słowacku brzmieć będzie dość wyjątkowo, bo nie ma tu ani naszego polskiego "ł" (w zależności od tego z czym im się skojarzy na początku jest to czytane jako "t" albo najzwyczajniej jako "l") ani też "dz" (pewnie przeczytają to jako d i z). 

Znowuż przy niektórych imionach jest problem jeśli chodzi o zdrobnienia. Bo nasz Franek może ładny ale tu przemianowaliby go na Frante co już nie bardzo nam odpowiada.  Jan to u nas słodki Jaś, tu zaś wyskakuje nam Honza. 
Ciężko, ciężko...
Czas upływa a my wciąż w tym samym miejscu....  Trzeba się będzie zmobilizować i coś wybrać na wypadek gdyby młodemu tatusiowi w stanie upojenia (szczęściem, nie alkoholem oczywiście) przyszło do głowy jakieś licho.

wtorek, 9 listopada 2010

pica i inne zachcianki

Jednym z najbardziej popularnych i kojarzonych objawów ciąży są ponoć gastronomiczne zachcianki. Tyle się nasłuchałam o jedzeniu kaszanki z dżemem, albo o przegryzaniu tortu ogórkiem kiszonym...
Nie jedna opowieść szanownego przyszłego taty o nocnej podróży po banany czy lody dla ciężarnej napawała mnie już do przodu wyrzutami sumienia wobec Lubego, ale też ciekawością jak to jest kiedy się nie można powstrzymać.
Czekałam i czekałam... i się nie doczekałam. Nie wiem czy ja nienormalna jestem czy co? Ale zachcianek żadnych jeszcze nie miałam. Są oczywiście produkty czy potrawy które w ciąży bardziej mi smakują, ale jakiejś anomalii w tym nie widać. Jak jest to jest, jak nie ma to się obejdzie.
Są za to potrawy do których mam ewidentny wstręt, a często są to dania które kiedyś należały do moich ulubionych.
Czasem mi szkoda, że nie mam tych zachcianek. Przecież to jeden ze znaków firmowych ciąży. Też bym chciała pomarudzić. Móc potem wspominać, że się jadło to z tym albo z tamtym. A tu nic. Klapa:(
Chociaż... jak słyszę o jedzeniu kredy, farby, mydła czy ziemi z doniczki to trochę mi zazdrość przechodzi. Ponoć w/w rarytasy są oznaką zapotrzebowania danych składników w organizmie kobiety. Nawet ma to swoją nazwę: pica. 
Jedyna słabość do której ma w ciąży to pomidory. Zjadam ich dziennie kilkanaście, czyli przynajmniej kilo/trzy. Jak jabłka. Zastępują mi słodycze i inne głupie przekąski.
Dobre jest choć to, że ponoć w pomidorach jest dużo kwasu foliowego, który jak wiemy jest bardzo wskazany w ciąży. Mam nadzieję, że się Zdzisio cały czerwony nie urodzi....

poniedziałek, 8 listopada 2010

ponoć ostatnie godziny


Według dwojga uznanych wizjonerów w środę ma się zacząć trzecia wojna światowa. I to nie byle kto ale sama Baba Wanga i Nostradamus.
Już w środę...
Staram się nie panikować, ale w środę mam basen i umówione spotkanie z malarzami...
Ufać wizjonerom czy nie wierzyć?
Miejmy nadzieję, że ktoś znowu popełnił błąd przy interpretacji przepowiedni. Inaczej mój remont szlag trafi a plecy dalej będą boleć...

sobota, 6 listopada 2010

sobotnie rozmyślania


Sobota zawsze z czymś mi się kojarzyła.
Kiedy byłam mała, w domu zawsze w sobotę robiło się wielkie pranie.
Nie posiadaliśmy wtedy jeszcze automatycznej, prawie samowystarczalnej Ewy, Amiki czy podobnej koleżanki pralki, ale starą, dobrą, wysłużoną Franię. Franciszka nasza dzielnie znosiła brudy naszej rodziny przez ładnych kilkanaście lat. Nawet kiedy z duchem nowobogackiego przepychu, na jej miejscu pojawiła się super nowoczesna jak na tamte czasy automatyczna praczka, Franciszka wciąż prała co gorsze brudy. Nie ukrywam, że mimo swego sędziwego wieku lepiej spełniała swe zadania niż jej następczyni.
Wielkie pranie z Franciszką wiązało się z zaangażowaniem większości domowników. No bo trzeba było namoczyć, wyprać (czasem dwa razy), wyżymać, wypłukać, wykręcić bądź wywirować (jeśli oczywiście posiadało się wirówkę) , rozwiesić...
Nie trzeba chyba dodawać, że nie był to mój ulubiony dzień tygodnia...

W czasach kiedy już na dobre automatyczna Amika (chyba) zagościła w naszym domostwie, sobota stałą się dniem o wiele przyjemniejszym. Nastał bowiem czas dyskotek.
Kiedy z napięciem czekało się na ten dzień cały tydzień, wspólnie z koleżankami w szkole szczegółowo planowało jak będzie wyglądać, w co się ubierzemy i gdzie pójdziemy, w końcu nadchodziła... Sobota... i gorączka sobotniej nocy... znaczy czy nocy to zależne od tego czy rodzice na noc całą na wychodne pozwalali czy tyko sobotni wieczór. Ileż planów i przygotowań...

Nie wiem czy można wyrosnąć z dyskotek ale na pewno można się nimi znudzić... bowiem po pewnym czasie sobota przestała mi się z nimi kojarzyć (może z powodu faktu że w czasach studenckich na dyskotekę chodziło się nie tylko w soboty), a zaczęła raczej z odpoczynkiem mieć więcej wspólnego...
Bo człowiek pięć dni w pracy, od rana do wieczora zabiegany, to chociaż w sobotę odpocznie...

Dziś sobota nie kojarzy mi się z praniem, z dyskoteką czy też odpoczynkiem... raczej z cotygodniowym rytuałem zakupów na (jak się uda) tydzień i "Mam talent" w tv.
Czy to pierwsze efekty starzenia się, czy też zaawansowane lenistwo i zdziadzenie?..

No ale cóż zrobić... na zakupy dzielnie z Lubym się wybrałam. W moim przypadku można by to nazwać jakąś wyjątkową formą rozrywki, bądź też sportu. Ano sportu, bo ruch posuwisty z koszykiem między półkami jest, rywalizacja o lepszy kawał mięch jest... Poza tym z moim brzuchem jest to jedno z niewielu miejsc w których jeszcze jakoś "na miejscu' wyglądam...
Bo nawet kiedy wchodzę do restauracji w oczach kelnerek widzę lęk, w oczach kucharza zrezygnowanie, a w zachowaniu gości ze stolika obok popłoch. Myślę, że gdyby Luby pojawił się tam z koniem nie wzbudziłby tyle zamieszania...

Więc uprawiając z Lubym nasz wspólny, niekoniecznie zbliżający do siebie (bo i o ser można się czasem pokłócić) shopping, zawędrowało się nam na dział dziecięcy czyli 0-3m. Zawsze udawało nam się powstrzymać od nakupowania pierdół i innych (jak się potem okaże) niepotrzebnych rzeczy ale dziś nie mogliśmy się powstrzymać. Znaleźliśmy bowiem przepiękny pajacyk (dla niewtajemniczonych - rodzaj śpiochów, tylko z nogawkami) z bucikami do komplety dla naszego Zdzisia. Niby nic nadzwyczajnego gdyby nie to że jest to przebranie renifera, a przecież Zdzisław kilka dni po narodzinach od razu zaliczy swoje pierwsze święta. Jako rozczulona przyszła matka oczami wyobraźni widziałam już nasze maleństwo wesoło gaworzące w rytm kolęd... No jak? Jak mogłabym się powstrzymać? NO NIE MOGŁAM!
Zdaję sobie świetnie sprawę z faktu, iż Zdziś zapaja do mnie chwilową nienawiścią z jakieś naście lat, kiedy spoglądać będzie na swoje zdjęcia z dzieciństwa...ale cóż...
Luby przeżył swoje zdjęcie w stroju pajaca i może do dziś ma jakiś żal do swoich rodzicieli i jakiś rodzaj obrzydzenia do klaunów w nim drzemie, ale żyć żyje... Więc i Zdzicho da radę... A mnie święta pięknie upłyną....

piątek, 5 listopada 2010

dla przyszłych mam

Dostałam dziś piękne linki o przyjaciela.




Ciąża mnie rozczula. Wyczytałam wprawdzie w tych swoich super poradnikach że huśtawki nastrojów ma się w pierwszym i trzecim trymestrze, ale mnie zdecydowanie dopadły aż teraz. Ryczeć mogę nawet na reklamie karmy dla psów, a co dopiero na takich piosenkach czy klipach.
Staram się ubrać w słów to co czuję do tego potworka we mnie, ale brak mi odpowiednich słów...
Można kochać kogoś całym ciałem...
...nawet końcówkami włosów...

czwartek, 4 listopada 2010

jak rośnie ono i zarazem reszta...

Mały Zdzisio jest już naprawdę spory. I silny... potrafi mnie już teraz porządnie walnąć. Dziś spodobało mu się wkładanie jednej z kończyn (nie potrafię sprecyzować której dokładnie) pod moje żebra.
Kiedyś był malutki... pamiętam jego pierwsze ruchy... jak trzepotanie skrzydeł motyla w brzuchu.
Dziś już motylkiem nie jest. Waży przeszło dwa kilo i ma siły na tyle że od jego kopniaka potrafi mnie zgiąć w pół.
Ale i tak jest kochany.
Potrafi się z nami bawić. Kiedy tata puka mi w brzuch, on odpowiada delikatnym kopnięciem. Albo kiedy chłodną dłonią dotykamy brzucha, ucieka na jego drugą stronę.
Tydzień temu byliśmy w PL na zakupach. Trzeba było w końcu skompletować choć najpotrzebniejszą wyprawkę do szpitala.
Znając siebie, przez te parę miesięcy starałam się unikać sklepów z ciuszkami i akcesoriami dla niemowląt, bo bardzo szybko byłabym w stanie wykupić wszystko co choć w części wydałoby mi się uroczę.
Kupiliśmy więc łóżeczko z materacem kokosowo-owsianym (?) i wszystko co do niego i koło niego potrzebne, przewijak, parę komplecików ubranek, pieluchy, wanienkę, kosmetyki dla Zdzisia itp.
A i zamówiliśmy super,wypasiony wózek!
Pani która nas obsługiwała była dobra w tym co robi. Bez niej pewni wyszlibyśmy ze sklepu tylko z wanienką. A tak proszę tysiączek zostawiliśmy.
A gdzie wózek i cała reszta o których wszędzie piszą i trąbią młodym matką.
Szlag mnie tylko czasem trafia jak pomyślę o tych wszystkich kobietach w gorszej sytuacji materialnej. Niby jest jakieś becikowe, ale to przecież tylko kropla w morzu tego co tak naprawdę potrzeba.
Wiem, wiem... przecież miłość i szczęście najważniejsze, a tego za pieniądze się nie kupi... może i tak, ale bez tego i o szczęście trudno...

Rok temu nie pomyślałabym, że tak bardzo będę się cieszyć na swoje maleństwo. Czasem wprost nie mogę się doczekać kiedy się urodzi. Jeszcze tylko sześć tygodni i będzie. :)

Nie spodziewałam się jak bardzo dziecko zbliża dwoje ludzi. Może i wszędzie o tym piszą i mówią, ale co innego doznać tego na własnej skórze.
Luby uwierzył do końca, że będzie ojcem. Dotarło do niego istnienie małego potworka w moim brzuchu jak po raz pierwszy go kopnął. Z każdym dniem kiedy on rośnie, rośnie i duma ojca. :)
Ostatnio przyszły tatuś zaskoczył mnie pozytywnie swoją opiekuńczością. Nigdy żadne z nas nie było wylewne. Staramy się żyć razem, obok siebie, nie tracąc przy tym siebie. Zawsze ciężko było nam mówić o tym co, jak czujemy. Ale gesty znaczą o wiele więcej.
Ostatnio do łez mnie doprowadzają prozaiczne gesty z jego strony. Wczoraj w nocy obłożył wezgłowie łóżka poduszkami jak spałam, żebym się nie uderzyła w głowę. Mocno mnie też przytula w razie gdybym zechciała spaść z łóżka, choć to byłby spory wyczyn biorąc pod uwagę kolosalne rozmiary naszego łóżka...
Miło... nawet bardzo...
A tym mnie uraczył w niedzielny poranek...


poniedziałek, 4 października 2010

takie chwile jak teraz...

Kiedyś napisałam:
Zobaczyłam Twój uśmiech rano
błysk w oczach jak na mnie spojrzałeś

i zrobiło mi się miło przez tą chwilę
i zrobiło mi się smutno przez tą chwilę

bo ona taka krótka
bo za chwilę praca dom obowiązki

a ja chciałabym utonąć w tej chwili
zawiesić w niej czas by trwała wiecznie
by nikt inny tylko ty i ona istniał na świecie

zobaczyłam w Twoim uśmiechu czułość
miłość w oczach jak na mnie spojrzałeś

i podałeś mi rękę
byśmy ramię w ramię
kroczyli w nasze
wieczne-niewieczne życie razem


Czasem w natłoku codzienności zapominamy o Nas.
Sprowadzamy Nas do podwójnej porcji makaronu, dwóch kotletów zamiast jednego, częstszego prania, konieczności uwzględniania drugiego w swoich panach...
Czasem czuję się samotna między końcówkami "-my", zagubiona między wspólnymi planami, wspomnieniami...
Czasem jednak między tymi pełnymi Nas dniami, znajduję Mnie która tak bardzo Cię kocha.
KiT

czwartek, 30 września 2010

jak ciężarna nie potrafi zrozumieć starszych....

Emeryci słowaccy są bardzo podobni do polskich.
Narzekają podobnie jak nasi, chorują podobnie jak nasi, bywają równie kochani i upierdliwi zarazem...
Tę grupę społeczeństwa słowackiego mam okazję ostatnio poznać troszkę bliżej.
Otóż ciąża niby nie choroba ale do lekarza chodzić trzeba. Jak się okazuje zwykłe wizyty u "dowcipnego" pana ginekologa nie starczą, trzeba jeszcze lekarza domowego odwiedzać.
A tam w przeciwieństwie do oddziału położniczego TŁUMY emerytów, rencistów, kombatantów itp. Wszyscy czekają na swoją kolej i raczą się towarzystwem.
Zawsze zastanawiałam się czy z wiekiem człowiek choruje ze względów prawdziwie fizycznych, czy to może trochę tak mentalnie... Ciekawe zjawisko można było zaobserwować w Czechach. Wprowadzili oni bowiem opłatę za wizytę u lekarza. Za każdym razem kiedy udajemy się do pana/pani w białym kitlu co to kilka lat studiował/a a teraz chyba żałuje (przynajmniej o tym świadczy jej/jego mina), musimy zapłacić symboliczne 30 Kč czyli jakieś +/- 4,86 zł.
Niby skandal: bo nie dość, że człowiek chory to jeszcze płacić musi. Ale o dziwo ludzi w czeskich szpitalach mniej. I ilość chorób się zmniejszyła...
Może to bezczelne, ale wydaje mi się, że spora część emerytów odwiedza lekarzy, bo tak wypada. Bo z wiekiem to już trzeba.
Oczywiście nie wszystkich to dotyczy. Zdaję sobie przecież sprawę, że są i tacy którzy lekarskiej, fachowej pomocy potrzebują. Ale znam i ewidentne przykłady hipochondryków, którzy jak nikt inny potrafią wynajdywać sobie choroby i ich przejawy.

Ale wracając do tematu. Będąc zmuszona odwiedzać lekarza ogólnego mam możliwość zaobserwowania wyjątkowej walki o pozycję w kolejce. Wszystkie takie "akcje" z komuny znam tylko z opowieści, więc nie mam jakiegoś wielkiego porównania, ale mogło to chyba wyglądać podobnie. 
Przychodząc na oddział w mojej poliklinice, która trochę straszy korytarzami i szpitalnym zapachem, pierwsze co natykam się na TŁUMY emerytek/tów. Zdecydowanie istnieje mało takich miejsc, gdzie czuję się jak gówniara, i głupio mi ze względu na moje -ścia lat. Wszyscy z końcówką -śiąt spoglądają na mnie wrednym, pełnym pożałowania wzrokiem znad wypadającej sztucznej szczęki. Nie ma co liczyć, że cię przepuszczą w kolejce. Przecież ciąża to nie choroba, jak będę stara to zrozumiem dopiero co znaczy zmęczenie...

Zawsze staram się skrupulatnie policzyć ile osób raczyłam zastać pod drzwiami pani doktor, ale w ciąży wraz z przybieraniem w pasie, odwrotnie proporcjonalnie zmniejsza mi się iloraz inteligencji. Niestety często muszę zadać pytanie : "Kto z Państwa jest ostatni do pani doktor? Niestety, bo wtedy zaczyna się las rąk, kłótnia kto to był ostatni, oraz moje ulubione: "Panienko, tutaj wszyscy do pani doktor, tak to już jest ze starymi ludźmi." Następnie następuje litania przebytych chorób oraz następna lista prawdopodobnych.
Z głupim uśmiechem staram się więc czmychnąć najszybciej jak to możliwe na wolne miejsce siedzące i zająć się czymkolwiek, byle tylko bym wyglądała na zajętą czymkolwiek. No bo jeśli tylko pan/pani obok zauważy moje spłoszone spojrzenie i brak zajęcia, natychmiast uraczy mnie szczegółowym opisem wszystkich swoich (oraz małżonka - jeśli go jeszcze posiada) dolegliwości. Potem następuje lista przebytych chorób syna, córki, wnuka, wnuczki, siostry i sąsiada. To jakby próba przed wizytą u samej pozornie zainteresowanej p.doktor.
W dodatku wygląda to czasem jak na tureckim targu, gdzie to każdy targuje się o to kto miał więcej chorb, która gorsza i kogo bardziej boli. Są hardcory co potrafią nawet pokazać gdzie dokładnie boli. Chociaż chyba hardcore to ten co odważy się spojrzeć... 
Kiedyś chciałam być mądrzejsza i sprytniejsza i na zaczepki pani obok, co to chciała wdać się w miłą pogawędkę z kim innym jak nie ze mną, starałam się wmówić, że ja cudzoziemka jestem i nie rozumiem. Niestety... pani wyczytała z mojego akcentu, pochodzenie ruskie i wraz z panią która siedziała obok zaczęły monolog do mnie po rosyjsku. Nie pomogły tłumaczenia, że ja nie z Rosji, nie z Ukrainy, nie z Białorusi... Porażka. Teraz udaję głuchą.... na razie działa...

Zdarza mi się w w/w miejscu spędzić czasem i dwie godziny. Wprawdzie wizytę mam raz w miesiącu, czyli do teraz zaliczyłam ich chyba z 4, to mogę się pochwalić znajomością naprawdę wielu chorób. O istnieniu sporej części z nich nawet nie miałam pojęcia.
W trakcie tych wszystkich wizyt zauważyłam jedno. Nie ma tam ludzi w moim wieku. Tylko emeryci, chociaż oddział ogólny. Żeby chociaż jakaś trzydziestka, czterdziestka.... Nic... Chyba na Słowacji w tym wieku się nie choruje...

Na szczęście następna wizyta dopiero za miesiąc...

niedziela, 26 września 2010

o względach, przesadzie i kosmonaucie w wirówce

Że kobieta w ciąży ma skłonności do przesady?
Rzecz względna, od względu na osobę pytającą zależna.
Dziś bowiem, krzyżując dwa palce za plecami, przyznałabym rację. Z palcami, bo ja się z krytyką zgadzać przesadnie nie lubię.
Ciężko mi ostatnio na czymkolwiek się skupić. Skoncentrować energię, myśli i poczynania w jednym kierunku. Czasem wydaje mi się, że robię wszystko, nie kończąc przy tym nic, więc nie robię w rezultacie nic. Czy jakoś tak...
Jakbym chciała zdążyć przed porodem, bo później mogę nie zdążyć... Zadziwiające i frustrujące zarazem...

Dlatego od paru tygodni nie mogę skończyć czytać żadnej książki. Przeciwnie, zaczynam tylko kolejne nowe. Mam więc aktualnie na tapecie ze trzy książki o macierzyństwie i dziecku, trzecią część trylogii Milennium Larssona, arcydzieło Napoleona Hilla, jakieś romansidło i na deser wiersze Szymborskiej. To tak jakbym jadła te ogórki z dżemem i musztardom.
Wprawdzie zachcianek gastronomicznych nie miałam i nie mam, albo skutecznie je ignorowałam, kto wie...
Za to zachcianek literackich wiele.


Mój mały kosmonauta został tymczasowo ochrzczony Zdzisiu. Jak wymyślimy coś fajnego to może zmienię. Albo już na zawsze dla mnie pozostanie Zdzisiem.
Swoją drogą taki malec musi ciągle być na haju. Takim nie dosłownym. Wytrzęsiony, wyrzucany, wytarmoszony, wstrząśnięty nie zmieszany... W brzuchu to jak w wirówce chyba...


Kiedy oglądam komedię, śmiejąc się podskakuje mi brzuch. Dziś np w odpowiedzi na moje trzęsienie brzucha dostałam solidnego kopniaka od Zdzisia. Już mi potem nie było do śmiechu...

Polecam kontrowersyjną ale zabawną komedię "Four Lions".
Czy możliwym jest śmiać się ataku terrorystycznego? Ten film łamie tabu terroryzmu.
Wyrafinowana, czarna komedia. Film "Four Lions" opowiada historię mieszkających na Wyspach dżihadystów, którym marzy się bohaterska śmierć w imię wiary. Kolejne próby zamachów okazują się jednak niewypałem. Komedia omyłek i pomyłek.
Szczególnie polecam scenę pokazującą wyrafinowaną techniki antyinwigilacyjne, czyli dobre rady dla celebrit jak uchronić się przed paparazzi.
 Uwaga: historia bez happy endu. :(

piątek, 24 września 2010

patrząc w dół...

Życie zaskakuje.
Całkowicie...
Jakieś 7 miesięcy temu pewnie planowałabym lot balonem, spontaniczne wakacje albo zamierzała poświęcić cały wieczór na szalone tańce suto zakrapiane alkoholem.
A dziś? Próbuję stojąc prosto dostrzec czubek swoich butów...


Stałam tak z 15 minut i ani kokardy nie zobaczyłam... :(
Widok przesłania mi olbrzymia kula. Gdyby nie to, że czasem muszę dokładnie obejrzeć brzuuuuuuuuuuuuuuuuch w poszukiwaniu rozstępów, to wyrzuciłabym wszystkie lustra z domu. Już nie wyglądam jakbym połknęła arbuz ale dynię rekordowych rozmiarów. A jeszcze trzy miesiące...

Wczoraj potoczyłam się, bo ciężko to nazwać chodzeniem, do swojego ginekologa. Uroczy człowiek, ale zaczynam wątpić w jego kompetencje. Jak odpowiedzialny, wykształcony położnik, do kobiety o i tak już osłabionej psychice, w dodatku nie mogącej się denerwować, może pozwolić sobie na narażanie mnie na takie emocje. Myślałam, że zdzielę go swoją ogromną torbą (pełną oczywiście wszelkiego rodzaju przekąsek, napojów, witaminek, gazetek o macierzyństwie i niekoniecznie potrzebnych kosmetyków), usłyszawszy na przywitanie:
- Pani to ma pięknie wieeeelki brzuszek, wygląda jakby miała już jutro rodzić.
!!!!!!!!!!
A co ja poradzę, że brzuch taki wielki mam.

Pozytywny aspekt wczorajszej wizyty, to fakt że w końcu !!!! wiem co będzie.
Znaczy się że dziecko, to wiedziałam, ale brzdąc w końcu pokazał genitalia. Znaczy się doktorowi pokazał, bo ja na tym ekranie od USG nic nie widziałam, oprócz plam jakiś dziwnych.
No ale chłopak będzie!!!
Teraz tylko imię trzeba wymyślić.
Luby na wieść o pierworodnym chodzi dumny jak król, co to się dowiedział, że o królestwo bać się nie musi. Chyba mu ulżyło, bo nie był pewny czy wytrzyma z dwiema nami. Zawsze to jak twierdzi : "nas dwoje i ty" a nie "ich dwie i ja".
Niech mu będzie...
:D
buźka wszystkim :*

PS. do posłuchania na dobranoc, miłego słuchania...

wtorek, 3 sierpnia 2010

"Ciężarówką przez 9 miesięcy. Poradnik po cięży i okolicach" Kaz Cooke.

Ponoć dzieci się wdają w rodziców. No w sąsiadów raczej nie... Przynajmniej mam taką nadzieję...
Ale które z nas dwojga, ja czy Luby aż tak wstydliwi jesteśmy? Czy może przekorni.
Mój brzuch jest już ogromny!!!
Ogromny przez duże O. Dlatego najczęstsze pytanie które ostatnio pada to czy to chłopiec czy dziewczynka. Podchodzimy do sprawy płci potomka z praktycznej strony więc chcielibyśmy wiedzieć. Zresztą jak setki osób w naszym otoczeniu.
Miesiąc temu maluch był za mały by się dowiedzieć, więc w napięciu czekaliśmy na kolejne USG. A tu proszę!!! Niespodzianka. Mały tak się ułożył że nie można było poznać. Za to rączką malutką machał zawzięcie w trakcie całego filmowania. I kolejny miesiąc czekania...
Za to mamy czasu więcej na decyzję odnośnie imienia dla chłopca. Bo dla dziewczynki już wybraliśmy: Lilianna czyli zwyczajnie LILI.
Ale dla chłopca??? Nie mamy pomysłu...
Ze względu na brak obok mnie kobiet dzietnych, co to rad by mi udzieliły, postanowiliśmy dokształcić się teoretycznie z najtrudniejszej nauki czyli rodzicielstwa.
Zakupiliśmy mnóstwo poradników i zagłębiliśmy się w lekturze.
Polecenia wydaje się godna szczególnie jedna pozycja, mianowicie :
"Ciężarówką przez 9 miesięcy. Poradnik po cięży i okolicach" Kaz Cooke.
Ta książka to dowód na to że nawet nudne poradniki nie muszą być nudne. Że można rzetelnie ale z uśmiechem odpowiadać na ważne pytania.
Polecam gorąco i z uśmiechem.
TO idealna książka dla takich kobiet jak ja. Które jakoś nie specjalnie zachwycają się "porannymi mdłościami" które poranne nie są. Które przytyły trochę więcej niż 6 kilo. Które boją się macierzyństwa ale zarazem nie mogą go doczekać.
Większość dowcipnych sytuacji z życia bohaterki jest zmyślona ale i tak pozwala się szczerze uśmiechnąć i zapomnieć na chwilę o samopoczuciu wieloryba.
Polecam
Dziś wyczytałam w niej, że ciężko znaleźć (poszukiwane w zeszłym tygodniu przeze mnie) rajstopy ciążowe.
Rada z mojego poradnika: noś majtki na rajstopach, dzięki temu ci nie spadną.
Czytamy sobie nasz poradnik wspólnie z Lubym. Zmusiłam go do tego. Dzięki temu nie będzie się dziwić, że nie dość że jak orka wyglądam to jeszcze w przebraniu Supermana po domu latam.
Chociaż ostatnio pisało, że przynajmniej trzy razy w tygodniu powinnam bez majtek chodzić, żeby przewietrzyć co nieco. Taka naturalna klima od dołu dla dzieciaka...

środa, 7 lipca 2010

Moja maleństwo już wszystko słyszy!!!
Wyczytałam to w tych wszystkich książkach w które się zaopatrzyłam w Polsce.
Fajnie...
Dlatego dziś tylko pozytywnie... 
No i przeklinać się chyba oduczę ;)

czwartek, 1 lipca 2010

kot

Jak mnie nie ma to nie ma... jak już jestem to mnie sporo...
i nie tylko o wizualnie ale i teoretycznie...

Luby pojechał do sklepu po masło, bo bez masła to ja kolacji zjeść nie mogę, więc ja siedzę i czekam...
Bo niby co mam robić.
N-ka znowu się zawiesiła w myśleniu i bezczelnie twierdzi, że ma problem z sygnałem. A przecież nawet nie ma burzy ani wiatru... Nie chce się jej... A ja płacę za full pakiet. Miał być full wypas, jest full... (*)

Nie pisałam jeszcze, że miałam kota. Gdzie 'miałam' to najlepsze określenie.
Zadbali o to byśmy go mieli nasi pracownicy. Przynieśli raz do firmy istotę tak brzydką że aż w swojej brzydocie uroczą. Kocham koty, psy, i inne zwierzęta bądź też "zwierzętopodobne" istoty ale tak brzydkiego kota jeszcze nie widziałam. Wyglądał jakby ktoś na niego za przeproszeniem nasr..ł i przydeptał. Ale on tylko takiej maści dziwnej był.
Piękny w swej brzydocie...
Nikt go nie chciał ze względu na jego wyróżniającą się urodę. Padło więc na nas... No i został.
Pech chciał, że dzień przed adopcją przeczytałam w internecie, że kot jest niebezpieczny dla kobiet w ciąży. Nie ma przy mnie kobiet doświadczonych przez naturę potomstwem, lekarz już nie odbiera moich telefonów, po tym jak zamęczałam go pytaniami co mogę a co nie, pozostaje mi więc wierzyć w to co piszą w wirtualnym świecie.
Uwierzyłam częściowo i choć sceptycznie wolałam nie ryzykować. Umieściliśmy więc kota w komórce, pakamerze czy jak kto nazwie pomieszczeniu za domem. Lato więc zimno mu nie miało być, a do srogiej zimy daleko, więc po co się martwić na zapas.
I tak sobie pomieszkiwał nasz kotek, a właściwie kotka.
Wyjątkowe też dostał imię. Kiedyś spotkałam dziewczynę, chyba z Serbii o imieniu (i tu serio, jak bum cyk cyk) Mineta. Słowakom bardzo się to imię spodobało, szczególnie zaś tym którym zdążyłam wytłumaczyć znaczenie tego słowa po polsku, więc jednogłośnie tak nazwali kota.
Minetka mieszkała z nami szczęśliwie trzy tygodnie.
W sobotę dwa tygodnie temu wybieraliśmy się z Lubym na basen. Nie wiedzieliśmy kiedy wrócimy więc przezornie nakarmiliśmy Minetę rano. Wieczorem kiedy dotarliśmy do domu Minetki już nie było. Straciła się. Odeszła?
Dlaczego?
Przeszukaliśmy wszystkie kąty. Sprawdziliśmy ogród. Ślad po niej zaginął.
Może kiedyś wróci...
I tak miałam kota...
Jakkolwiek to zabrzmi... tęsknię za minetą... :D

ja wielka...

Wiem, wiem....
...jestem niewierna....
Pojawiam się tu tak rzadko...
Zniknęłam i nie mam wymówki...
Ale nie wiedziałam co mam pisać..
A o niczym pisać nie chciałam, bo i chyba nie umiem.
A może miałam o czym tylko nie chciało mi się...
Nie wiem sama...

JESTEM WIELKA!!!
Wielka przez Wielkie W.
Mam OGROMNY brzuch... mimo że to 15 tydzień.... 
Co będzie później...
Będę jak Titanik...;)
Przytyło mi się jakieś 9-10 kilo. Ale maluszek zdrowy na szczęście. Widziałam wczoraj go na USG. Cudo!!!
A ja czuję się wielka i ciężka...
No cóż... jakoś daje radę. 
Za miesiąc mam się dowiedzieć czy będzie chłopiec czy dziewczynka. Sama nie wiem co bym chciała bardziej. 
Najbardziej to już bym chciał je przytulić...
Choć podejrzewam, że jak już nie będzie go we mnie to będę tęsknić za tym uczuciem... 
:)


Delektuję się latem w pełni. Zajadam ze smakiem słońce okraszając je często i gęsto owocami: truskawkami, malinami, czereśniami... poluję na świeże jagody... może coś znajdę jak pojadę do PL. 
W Bratysławie wielka powódź nas na szczęście ominęła. Ale chmara komarów dotarła aż tu. Szlag by trafił te krwiożercze potwory. Wypiły już ze mnie chyba z litr krwi. Nie pomaga nic. Żaden środek. Tragedia....

Jutro jedziemy do Polski. Ostatnia zapamiętana wizyta była chyba na święta. Wtedy było nas dwoje. Jutro dojedziemy już w troje, znaczy 2 i (spore już) pół. Ciekawa jestem reakcji rodzin.
Zostali poinformowani telefonicznie wiec się jakoś oswoili. Zabawne :)

My na początku byliśmy zaskoczeni, speszeni, wystraszeni... Oni krzyczeli (dosłownie) z radości, szczęgólnie przyszli dziadkowie. 
Temat nr 1  zbliżającego się weekendu to więc nasze dziecko i oczywiście co za tym idzie ślub Będzie trzeba im po raz setny tłumaczyć dlaczego nie chcemy brać ślubu teraz i tym bardziej dlaczego nasza ciąża nas do tego nie motywuje. To będzie ciężki odpoczynek...
Może choć te jagody znajdę... 

Pisałam już że termin porodu wyznaczyli mi na 24 grudnia. Fajna data... :)
Ale święta w Polsce raczej odpadają... :)

My to sobie wiemy oryginalny prezent na Gwiazdkę sprawić ;P



sobota, 29 maja 2010

marudząc...

Znowu będę monotematyczna.
Bo od chwili kiedy dowiedziałam się, że zostanę matką, tylko o tym myślę. Wszystko jakoś samo sprowadza się do tego tematu.
Z każdym dniem coraz bardziej się cieszę.
To zdecydowanie najlepsza niespodzianka jaką zgotowało mi życie.
Wprost nie mogę się doczekać chwili kiedy będę mogła je przytulić.

Ponoć w ciąży kobieta ma jakieś huśtawki nastrojów.
Może to prawda. Na pewno w ciąży zmieniają się moje priorytety.
Przynajmniej moje się zmieniły.
Już nie jest najważniejsza zabawa i wykorzystanie życia na 100%.  Jest coś więcej...

Brakuje mi tylko przyjaciół...
Czuję się jakoś dziwnie samotna.
Myślałam, że kiedy będę w ciąży będę mogła cieszyć się tą radością z przyjaciółkami, z matką, z innymi kobietami które już są matkami.
A jestem tu sama z Lubym.
Wiem, że mam jego... ale jakoś mi ostatnio brakuje kobiet. Kogoś kto poradziłby mi coś na nudności, powiedział zwyczajnie co mogę a co nie...
No cóż... na razie muszę się zadowolić lekarzem, internetem i sporadycznymi telefonami...

Następna pozytywna strona ciąży:
daje ogromną siłę... nawet jak się ma dość wszystkiego, zawsze ma się dodatkową motywację.

piątek, 21 maja 2010

czas

Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa, które posyłaliście w moim kierunku przez ostatnie dni.
Całe te ostatnie tygodnie były dla mnie dziwne.
Chodziłam od kąta do kąta, obijając się o wszystkie ściany i meble i nie mogłam znaleźć sobie miejsca.
Z jednej strony ta sytuacje z moim rozczarowaniem, która wstrząsnęła na długo i do tego boleśnie moim zaufaniem do ludzi.
A teraz jeszcze ta wiadomość.

Minął już tydzień od czasu kiedy się dowidziałam.
Dziwny tydzień. Pełen pytań i wątpliwości. Ale i ku mojemu zaskoczeniu radości...
Bo mimo tego, że cały czas boję się jak sobie damy radę, to cieszę się z tej niespodzianki od losu. Cieszę się z tego cudu, który we mnie rośnie.
Z Lubym planowaliśmy dziecko, ale nie teraz. Może za parę lat...
Ale los nas zaskoczył.
Mile...
Z każdym dniem cieszę się coraz bardziej.
Co z tego że zaczynam tyć...
Co z tego że średnio przez 8 godzin od obudzenia chce mi się wymiotować...
Co z tego że cycki mi urosły i bolą niemiłosiernie...

Trzy dni temu miałam urodziny. Moje 25. I pierwsze z tym małym cudem we mnie.
Życie się zmienia. Nie czeka na nas. Nie zawsze czeka na nasze decyzja i postanowienia.
A wraz z upływem życia zmieniają się nasze priorytety.
Tyle jeszcze zmian przede mną...


PS. Muszę się pochwalić.
W chwili kiedy dowiedziałam się że będę mamą rzuciłam palenie. Nie zapaliłam od tamtej chwili ani jednego papierosa. Nawet raz się nie zaciągnęłam. Po pięciu latach nałogowego palenia paczki dziennie.
Ja jestem z siebie dumna. 

środa, 12 maja 2010

No i wiem na 100%.
Szósty, siódmy tydzień. Widziałam już nawet serduszko.
Dziwnie się czuję, kiedy już wiem na pewno.
Nie czekałam na to. Nie spodziewałam się.
Ale chyba się cieszę...
Gdzieś tam we mnie coś płonie... :)
Tylko jak ja sobie poradzę jako rodzic...

poniedziałek, 10 maja 2010

???

Dziś miałam dość...
Zrobiłam test ciążowy...
Pokazały się dwie kreski...
Nie wiem czy się cieszyć czy płakać...
Poczekam na jutrzejszy wyrok lekarza...

piątek, 23 kwietnia 2010

znowu...

Patrzyłam dziś w lustro godzinę i nie mogłam pozbyć się wrażenia, że mam na czole wytatuowane: IDIOTKA.

Długo nie pisałam.
Nie dlatego, że nie było o czym. Raczej brakowało mi słów.
Zadziwiające jak naiwna być potrafię. Gdyby za głupotę i ślepotę karano, pewnie jedno dożywocie było by dla mnie mało.
Po raz kolejny, setny już chyba dałam się okłamać, omamić, ściemnić... I zła jestem cholernie. Zła na samą siebie. Na głupotę swoją nieznającą granic.
Kiedyś pisałam, że przyjaźnie z facetami wychodzą mi lepiej niż przyjaźnie z kobietami. I to chyba jedna z niewielu prawd w moim życiu. Kolejny raz uwierzyłam i wierzyłam ślepo w coś w rodzaju przyjaźni "damsko-damskie" i proszę... Przejechałam się na całej linii.
Nie można ufać kobietą. Jesteśmy sprytne. Potrafimy świetnie kłamać, same wierząc czasem nawet w swoje kłamstwa. Knujemy, spiskujemy, pozwalamy sobie na chwyty poniżej pasa.
Ostatnie tygodnie świetnie nauczyły mnie, po raz kolejny zresztą, że za naiwność trzeba sporo zapłacić. Że kiedy w grę wchodzą pieniądze czy jakikolwiek biznes nie wolno ufać nikomu.
Dziś jestem bogatsza o nowe doświadczenia, o kilogramy rozczarowania, litry złości i biedniejsza o parę tysięcy euro...
No cóż... Za głupot się płaci słono...

Jedyna pozytywna rzecz w całej tej nędznej sytuacji to fakt, że dziś wiem jak cenna jest przyjaźń z moją Justysią i wszystkie te przyjaźnie w które staram się nadal wierzyć... Choć tak ciężko mi to przychodzi.
Nie chciałam bym żeby którakolwiek czy ktokolwiek z moich przyjaciół poczuł się urażony w/w sytuacją. Nie biorę wszystkich jedną miara. Inaczej wszystko straciłoby sens...

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

sobota, 10 kwietnia 2010

!!!

Lasy katyńskie... Po raz kolejny pogrzebały wielkich Polaków...
... szkoda słów... bo i nie ma tu słów odpowiednich.... 

wtorek, 30 marca 2010

Nie jesteśmy puszczalskie...

Właśnie oglądałam film dokumentalny przygotowany przez HBO.
Posyłam link jeśli ktoś zainteresowany.
Dla tych co nie mają czasu obejrzeć, w końcu to całe 45 minut w skrócie raportuję.
Trzy dziewczyny, trzy koleżanki: Basia, Iwona i Dominika. Z pozoru normalne licealistki, dobre uczennice, grzeczne córki.
Niby nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że sypiają z facetami za pieniądze.
Dla kogoś kto widział obie "Galerianki" może to być obraz podobny. Ale mnie bardziej jakoś ten zbulwersował.
To z całą pewnością intrygujący dokument o tym jak młode dziewczyny dla pieniędzy i dobrej zabawy (adrenaliny - jak same mówią) są gotowe pójść do łóżka z obcymi często dużo starszymi facetami.
Temat coraz głośniejszy po sukcesie w/w poprzednika.
Mnie zaskoczyły po raz kolejny komentarze tych dziewczyn. To w jaki sposób postrzegają świat. Jaki mają sposób myślenia, analizowania. Jak same okłamują siebie.

Na pytanie czy są prostytutkami biorąc pieniądze za seks odpowiadają że nie, bo przecież się dobrze uczą, są z dobrych domów.
Za puszczalski uważają koleżanki, które sypiają z facetami nie biorąc za to pieniędzy. Uważają, że takie się nie szanują.
Jezu... Albo ja się zestarzałam szybko, albo z innej bajki żyję. Przecież te dziewczyny są młodsze ode mnie tylko o kilka lat.
Zastanawia mnie gdzie są rodzice. Jak to możliwe, że własne dziecko żyje obok nas podwójnym życiem.
Co lub gdzie zawiniono, że młode, inteligentne dziewczyny czerpią radość i satysfakcję z tego typu zachowań. Traktują to jak dobrą zabawę i dobrze płatną pracę.

Popieram takie filmy. Dzięki nim może choć część rodziców otworzy oczy na to co dzieje się w życiu córki.
Zastanawiam się czy termin prostytucji tak bardzo zmienił swoje znaczenie i funkcjonalność przez wszystkie stulecia.
A może tylko ja jestem z innej bajki...

poniedziałek, 29 marca 2010

Świąteczny nastrój

Dziś jestem w bojowym nastroju. Bojowym, bo walki się dziś nie boję, nawet prowokuję.
Przedarłam się dziś przez dwie księgowe. Moją i Lubego. Ja wiem że kobiety bogu ducha winne, że to tylko prawo i księgowość taka durna, ale przecież same sobie profesję wybrały więc skarżyć się nie powinny. Po świętach zajrzę z polskimi krówkami i zapomną...
No właśnie "po świętach". Się cholera zbliżają susami i przerażają mnie totalnie.
Bo ja świąt nie lubić. Nie lubić i już. Szlag mnie zawsze w nie trafia. A po świętach to ja jeszcze bardziej zmęczona jestem.
Czasem wydaje mi się że z chwilą kiedy przekraczamy dawne granice Polski sieci komórkowe są przeciążone. Setki esemesów i telefonów rodziny do rodziny że CałaJa i Luby nadciągają.
Od kilku lat, kiedy to wyemigrowałam z domu rodzicielki święta kojarzą mi się z oglądaniem. Oglądaniem mnie z każdej strony. Zjeżdża się cała rodzina i ogląda CałąJą z każdej strony. Ciotki, wujki, kuzynki i ludzie którzy przez lata się nie odzywają nagle pałają tęsknotą i chęcią zobaczenia. A ja jak krowa na targu muszę znosić wszystkie "buziaki z trzymanką" jak mawia moja chrześnica, czyli buziaki ze szczypaniem w policzek. Akurat jak ona to robi to jeszcze ma to swój urok, zniosę, ale ciotki mnie... Boże... jak w jakiejś taniej komedii.
Od dwóch lat dochodzi jeszcze rodzina Lubego. No bo przecież już tyle lat ze sobą mieszkamy, że uniknąć świąt z jego rodziną się nie da. Więc jeden dzień u mnie, jeden u niego, bądź na odwrót.
Nic nie mam do jego rodziny. Nawet lubię jego rodziców. Za to siostrę i jej chłopaka uwielbiam. Ale babcie, ciocie, kuzyni i ich komentarze (jaka ładna, jaka mądra, jak do siebie pasują) oraz pytania (kiedy ślub, kiedy dzieci, w ciąży to ty nie jesteś) doprowadzają mnie do szewskiej pasji.
Pamiętam pierwsze wizyty u niego w domu. Mieszkaliśmy ze sobą już dwa lata i spotykałam jego rodziców kiedyś tylko w hipermarkecie. Wiem że się starali ale czułam ich wzrok za każdym razem gdy się odwracałam. Jakby babcie sprawdzały czy umiem jeść widelcem i nożem, ciocie czy znam wszystkie słowa i nie dłubie w nosie.
Teraz się przyzwyczaili. Ja w sumie też. Chyba zaakceptowali. Zresztą wyboru chyba nie mieli.

Ale wczoraj rozmawiałam z rodzicami Lubego na skype i zaprosili moją mamę na święta. Powiedziałam, że zobaczę co się da zrobić ale nie obiecuję.
W sumie chyba nie wyobrażam sobie jeszcze moje mamy z jego rodzicami, przy jednym stole. Znaczy wyobrażam sobie jak by się to skończyło. Po świętach poinformowaliby nas łaskawie gdzie i kiedy mamy się pojawić na nasz ślub.
A na to gotowa jeszcze nie jestem.

No cóż. Jakoś będzie trzeba przeżyć te cztery dni. Odpowiadać na te same pytania najpierw u mnie, potem u niego. Urok świąt...

Jeśli mówisz tylko prawdę, to nie musisz nic pamiętać.

Jeśli mówisz tylko prawdę, to nie musisz nic pamiętać.
Kłamcy to inteligentni ludzie. Przynajmniej dobre kłamczuch miałyby takie być. 
Kilka razy w życiu, spróbowałam kłamać. Ale albo ja za głupia jestem, albo kłamanie to nie moja brocha. Bo ja zapominam szybko. Więc trudno było mi spamiętać co i komu naopowiadałam. I kłamstwo zawsze wyszło. 

Ale znam "inteligentnych" co to "inteligencję" swoją wykorzystać umieją perfekcyjnie. Nagada to głupot tu i tam. Tam rozwinie historię i tak zamota, tak zakręci, że normalny człowiek się gubi. A w dodatku kłamstwo powtarzane staje się prawdą, przynajmniej dla tego człowieka. Powtarzając jedną historię kilka razy, dodając do niej wątki poboczne, zaczyna kłamca inteligentny w nie wierzyć. Przecież tyle razy opowiadając przeżywał tą historię od nowa, że stała się ona dla niego prawdą akceptowaną.Jest jeden tylko warunek. Musi pamiętać całą tą historię i jej wątki. A jak wiemy najlepsza metoda na spamiętanie to powtarzanie, więc kółko się zamyka.


Czytałam kiedyś, że małpy też potrafią kłamać. A małpa istota nie głupia. Więc przyjmując teorię że my od małpy pochodzimy, kłamstwo ciągnie się za nami od prawieków. 

Istnieją kłamstwa i "okłamywanie kłamstwa", czyli wmawianie sobie że kłamstwo nie jest w rzeczywistości kłamstwem (co w rezultacie kłamstwem największym chyba jest). Są więc stwierdzenia: że mijamy się z prawdą, taimy niektóre tylko fakty, że jest to kłamstwo z konieczności, albo okazjonalne ipt., itd.
.


Szkoda, że tyle rzeczy, w które wierzymy okazują się kłamstwem. Bańką która pryska. Śniegiem, który przykrywa psie gówienka a wiosną i tak topnieje.

Ok. Jestem skłonna tolerować kłamczuchów. Uznajmy że jest to pewien rodzaj uzależnienia, tudzież choroby. Nie toleruję tylko kłamstwa w związkach, miłości. 
Tu po raz kolejny wychodzi na jaw moja głupota i naiwność, bo ja tylko czyste, monogamiczne związki uznaję. 
Może kiedyś święta to ja nie byłam i jakaś bajeczka mi się na język nasunęła. Ale nigdy nie okłamywałam partnera. Jak miałam dość, to po prostu mówiłam. Nie wiłam sobie ciepłego, nowego gniazdka obok będąc jeszcze w innym związku. Ludzie, którzy są razem powinni się szanować. A szacunek to przede wszystkim prawda. 
Kiedy coś jest nie tak jak powinno, należy o tym powiedzieć, albo chociaż delikatnie zaalarmować. A nie być z kimś, a myślami obok. 
Prawda boli, ok. Ale lepszy chyba taki ból niż rozczarowanie. A rozczarowanie to jeden z efektów ubocznych kłamstwa.

Mam czasami ochotę rozszarpać ludzi, którzy się oszukują, zdradzają, kłamią i mówią jeszcze, że to dla dobra drugiego. 
Jak bardzo można okłamać siebie? Bo to chyba nie jest próba usprawiedliwienia... 

Nigdy nie wiem co mam robić w takich sytuacjach. Kiedy widzę jak ktoś mi bliski oszukuję kogoś kto też mi jest bliski. Po czyjej stronie stanąć? Czy w ogóle się mieszać?
Jak pomieszam można że jeszcze bardziej namieszam, a jak dojdzie co do czego to będzie że ja namieszałam... 


 I biorąc czyjąś stronę znowu na najgorszą wyjdę. :(
Może jak wyrzuciłam to z siebie to coś sensownego wymyślę... 
A ponoć faceci to świnie. A ja w okół siebie mam tylko "złe" kobiety. 
No cóż 21-wiek. Teraz i kobiety mają skoki w bok. Szkoda tylko że zaraz obok mnie skaczą. 
Ja to mam szczęście. Szlag mnie trafi.... !!!!


No, wywaliłam z siebie trochę balastu... idę sobie zrobić kawę... 


Biorąc pod uwagę powyższe, chyba wolę być głupia niż kłamać.
 

czwartek, 25 marca 2010

damsko-męskie potrzeby fizjologiczne

Na prośbę  tamiriana przestałam się na chwilę migdalić. Nowy a już się stęsknił. Albo zazdrosny? ;)
Chociaż on. Dobre i to. :P
Ku rozpaczy Lubego pobiegłam do klawiatury... :D
Ok, ok. Nie będę koloryzować i kłamać bo nie umiem. ;) Nie chciało mi się pisać ostatnio. Nie że z waszego powodu, ale jakoś czasu i motywacji mi brakło.
Czasu też. Głównie dlatego że wiosna u nas zawitała na dobre i tyle roboty miałam przez tydzień z tego powodu.
Słonko świeci pięknie przez cały dzień więc zajęta byłam upajaniem się promieniami zbawiennymi dla mojej spragnionej energii słonecznej duszy. Dodatkowo prowadziłam bardzo ważne badania co rośnie w ogrodzie i obok niego, bo jeszcze wiosną tegoż miejsca nie widziałam. Odkryłam żabę!!! W centrum stolicy Słowacji. Miastowa to żaba była, bo jak każda stoliczanka strasznie się spieszyła i czmychła szybko dalej. Może na zakupy pognała.
Wieczorami natomiast musiałam otworzyć oficjalnie sezon grilowania i jako gość honorowy i gospodarz zarazem dużo sił i energii mnie to kosztowało.
Wczoraj udałam się za to z Lubym na wieczorny spacer. Tyle tylko że nasz spacer przypomina zwolniony sprint, więc pół miasta wzdłuż i wszerz przelecieliśmy w tempie błyskawicznym. Zadyszki dostaliśmy więc przerwę zrobiliśmy i skoczyliśmy do knajpki na piwo. BEZ SOKU, bo na słowacji soku do piwa na szczęście nie dają.
Ale nie o tym chciałam.
Zawsze twierdziłam że chłopi to flejtuchy. Ale nic bardziej mylnego.
Baby potrafią dopiero sajgon z toalety zrobić. Nie dość że zawsze kolejki potworne, bo przecież parami trzeba chodzić, to jeszcze burdel nie z tej ziemi. Kibel zapchany, podpaski i tampony walają się po podłodze, nie mówiąc już o papierowych ręcznikach tworzących wyjątkowy dywan przy umywalce. Przykry widok. I pomyśleć że taki pierdolnik robią te uśmiechnięte damulki co to bułkę przez bibułkę.
Szlag mnie zawsze trafia w takich miejscach. Tortura. Czasem więc wstyd mi za moją płeć...
:(
Więc teraz anegdotka z czeskiego języka.
Po czesku toaleta to zachod. Zaprzyjaźniony Czech opowiedział mi kiedyś jak pojechał na targ do Polski. Zachciało mu się odwiedzić przybytek gdzie potocznie i król piechotą chodzi, więc spytał mile wyglądającego sprzedawcę: gde je zachod, prosim vas?
Uczynny mężczyzna wskazał mu kierunek gdzie słońce zachodzi. Znajomy przeszedł pół miasta i zachodu nie znalazł. W desperacji nawilżył jedno z drzew rosnących po zachodniej części miasta.
:D
Swoją drogą Polacy też łatwo w Czechach nie mają. Bo oznaczenia u nas popularne czyli kółko i trójką nie mają racji bytu u naszych sąsiadów. Nie egzystują. Są za to dámy i paní. Ok. Czyli my kobiety możemy wybrać czy czujemy się jak damy czy jak panie. A co z facetem?
Czesi za to nie mogą pojąć dlaczego to kobieta jest kółeczko a mężczyzna trójkącik  i często trafiają w nieodpowiednie miejsce. No cóż. Bywa. Ponoć dobry gospodarz do domu nosi...
Miłej nocy...

poniedziałek, 22 marca 2010

słodko-gorzkie alkoholowe mrzonki

Spokój!!!
Przeszły już moje huśtawki nastrojów, melancholia, rozbicie...
Cisza we mnie nastała i pokój...
:)
W końcu od paru miesięcy możemy nacieszyć się spokojem w domu.
Przez kilkanaście tygodni zawsze ktoś z nami mieszkał. Na doczepne. Teraz używamy sobie wolności we dwoje.
Miło jest wrócić po pracy, siąść obok siebie i w ciszy lub nie poprzytulać się. Gdybym lubiła to nawet w majtkach samych lub bez bym mogła po domu biegać, bo nowe rolety mamy. Ale widok z okna na całe miasto nocą tak piękny że nawet spuszczać się ich nie chce.
Tym bardziej, że uwielbiam być budzona przez pierwsze promienie słońca rano. Właśnie pod tym względem wybrałam pokój na sypialnie.
Bajka.
Więc siedzimy sobie obok siebie i popijamy słowackie piwo. Polskie zapasy alkoholu się pokończyły. No nic. To też daje radę.
Tak sobie myślę...
Dlaczego mówi się że kobiety to słodkie trunki wolą.
Jeśli tak jest to chyba ja nie jestem stu procentową kobietą. Ze słodyczy to ja kawa słodka i golonka... ;)
Piwa słodkiego czy też słodzonego sokiem nie znoszę i nie tknę. Ale Luby jak najbardziej.
Wina słodkiego też nie, tylko wytrawne lub kompromis z Lubym czyli półsłodkie lub -gorzkie.
Nalewek, koniaczków, i innych specyfików w tym słodkiej wódki to ja nie bardzo. Chyba że z grzeczności.
Uwielbiam za to gorzkie piwo, dobrą whiski i wszystko co gorzkie. No i silne oczywiście.
Bo ja mało ekonomiczna jestem. Mogę pić równo z chłopem i jakoś mnie ciężko trafia. W życie swym krótko-długim raz się spiłam i to przez trzy łyki słodkiego wina... Ale o tym kiedy indziej.
Pić mogę i nic...
Jak już mnie coś złapie to potem koniec, przełknąć nic nie mogę. Dlatego nie wiem co znaczy urwany film.
No cóż... życie nie jest łatwe...
Miłej nocy wszystkim życzę...
Ja idę się dalej migdalić... :D

niedziela, 21 marca 2010

wygrać... przegrywając...

Po długim niezaglądaniu, zajrzałam. Na NK.
Jakoś przeszło już wszystkim wielkie bum na ten serwis. Chyba się wszystkim znudziło zaglądanie do życia starych znajomych. W sumie mnie też.
Ale zajrzałam. I odebrałam skrzynkę pełną wiadomości od ludzi, którzy nie raczyli odzywać się przez lata.
Zabawne jak szybko można stracić kontakt. Wystarczy parę miesięcy, tygodni niewidzenia i proszę... Słuch zaginął... Pozostaje tylko NK.
Nie wiem tylko czy to dobrze czy źle.
Od czasu jak wyjechałam z Polski z mojego życia prysło wielu ludzi.
Jakoś nie było o czym gadać. Bo oni właśnie z emigracji wrócili, ja wyjechałam.
Czasem kiedy jestem w Polsce, ludzie, z którymi kiedyś przegadałam noce i dnie nie mają co mi powiedzieć. Życie popłynęło szybko. Uciekło przede mną. Ich życie. Bo moje się po woli (według ich opinii) toczy.
Usłyszałam nawet kiedyś, że nie zrozumiem. Bo nie mam męża, dzieci... Nie mam ich kłopotów.
No i co z tego... Przecież mam swoje. Męża może nie ale za to stałego od paru dobrych lat faceta. A że mężem nie jest, jakoś nie narzekam.
Wkurzają mnie pytania o ślub. Komentarze, że już tyle lat, razem, na kocią łapę (ciekawe skąd się wzięło to określenie).
Może ja nienormalna jestem. Bo u nas to nie on, tylko ja ślubu nie chcę.
Jakoś nie czuję potrzeby.
Żyjemy razem tyle lat. Jak mąż i żona. Wszystko co mamy, robimy jest wspólne. I jakoś nie tęsknie za białą suknią, całym cholernym weselem... Kolejny papier też mi jakoś nie potrzebny.
Jeżdżąc po weselach i ślubach wśród znajomych i rodziny odczuwam dyskomfort, nie z powodu nie przeżycia tego WYDARZENIA, ale raczej z powodu tych głupich pytań, kiedy my.
Ok, oni chcieli, potrzebowali, mają. Ja nie muszę.
Czemu tak ciężko to ludziom zrozumieć, że w dzisiejszych czasach to już nie jest obowiązek.
Ślub staje się imprezą dla rodziny. To komentarz jednej ze "szczęśliwych" spłukanych panien młodych. Żeby dali jej spokój.
Wesele nie gwarantuje szczęśliwego pożycia, związku do końca życia. Ktoś wymyślił przecież rozwód i nie jest on już tak wielką moralną tragedią jak kiedyś.
Nawet po ślubie się ludzie rozchodzą...
Ja się więc po raz kolejny wypisuję z klubu.
Ale że z powodu braku w dowodzie stanu zamążpójścia jestem gorsza, mniej doświadczona, mniej dojrzała... Paranoja... :)

Ale miało być nie o tym. O związkach i przyjaźni. Czyli kontaktach damsko-męskich. Znalazłam komentarz na NK.
"Czyli jednak przyjaźń damsko-męska nie istnieje?"
Już chciałam protestować... Bronić że nie... Ale się zastanowiłam...
Owszem. Kiedyś stanowczo twierdziłam, że istnieje. Że jest możliwa czysta i nie skalana podtekstami.
Przecież zawsze dawałam facetom etykietki: kolega, przyjaciel, potencjalny narzeczony i partner seksualny. I co najważniejsze, zawsze się trzymałam tych półek. Jak już ktoś dostał karteczkę Kolega to wara mu było (i mnie też oczywiście) od mojego tyłka i serca.
Zresztą zawsze jakoś bardziej ceniłam sobie przyjaźń męską. Była bardziej obiektywna i czysta. Z kobietami jakoś ciężej mi szło.
Ale o tym kiedy indziej...
ZAWSZE się trzymałam zasad. Nigdy nie sypiałam z przyjaciółmi. Ważniejsze było dla mnie to co stracę, niż to co mogę mieć przez jedną noc. I jakoś zawsze szło po mojej myśli.
Do czasu.
Raz mi nie wyszło.
Poznaliśmy się w pracy. On miał dziewczynę, jak byłam zakochana po uszy w innym. Kiedy drastycznie skończył się mój "idealny" związek, bez wahania przyjęłam propozycję pracy w nowym oddziale 300 km od domu. Spakowałam się i wyjechałam.
Wynajęliśmy wspólnie mieszkanie. Ja, on, koleżanka i kolega. Tworzyliśmy zgraną paczkę. Dobrze się nam razem mieszkało, tym bardziej że nikt nie ingerował w życie drugiego.
Zaprzyjaźniłam się z nim. Ufaliśmy sobie i świetnie czuliśmy się w swoim towarzystwie. Od razu dostał plakietkę: przyjaciel. I był świetnym kumplem i przyjacielem. Kiedy rozstał się z dziewczyną, chodziliśmy razem na podryw. Jakoś dobrze nam szło, kiedy byliśmy razem. Fakt, na początku stwarzaliśmy wrażenie pary ale szybko rozwiewaliśmy te złudzenia. Przez kilka lat do głowy by mi nie przyszło, że coś oprócz przyjaźni może nas łączyć.
Pomagaliśmy sobie w podbojach. W pracy tworzyliśmy idealny duet. Po pracy świetnie się rozumieliśmy. W odpowiednim momencie dawaliśmy sobie przestrzeń na nowe związki. Nawet polubiłam jego chwilowe dziewczyny.
Raz popełniliśmy błąd. Po jednej z alkoholowych imprez wylądowaliśmy w łóżku. W ostatnim momencie się wycofaliśmy. Ale potem już nie było tak samo.
Wiedzieliśmy, że w głupi sposób straciliśmy coś bardzo cennego. Zostało gdzieś za drzwiami sypialni. I już nie chciało z powrotem.
Weszło za to coś innego i siedziało między nami.
Próbowaliśmy o tym rozmawiać, ustalać coś od nowa ale to coś już po prostu zostało.
Wtedy intensywniej zaczęliśmy szukać nowych partnerów. Pojawiali się i znikali.
Chyba wiedzieliśmy dlaczego...
Wtedy te próby jakoś zaczęły też dziwnie boleć.
Uciekaliśmy. Służbowe delegacje, wyjazdy... Ale zawsze wracaliśmy...
Zawsze najlepiej, choć najbardziej boleśnie było obok siebie.
Kiedyś postanowiliśmy się w końcu przespać. Myśleliśmy, że to jakoś zmniejszy napięcie.
Nie pomogło...
Cały czas było to coś między nami. Wiedzieliśmy, że spieprzyliśmy coś bardzo dla nas ważnego.
I głupio myśleliśmy, że można to odbudować.
Nie wyobrażałam sobie go jako partnera. Nie jego. Przecież był moim najlepszym przyjacielem. I ta przyjaźń była dla mnie najważniejsza.
Wiele miesięcy się męczyliśmy.
Nie potrafiliśmy odejść. Nie potrafiliśmy zostać z czystym sercem.
Próbowaliśmy udawać, ale nie wychodziło to najlepiej.
Każde z nas było przeciwieństwem tego kogo szukaliśmy... Walczyliśmy więc z tym co było...
I przegraliśmy... wygrywając...

Dziś jesteśmy szczęśliwi. Nasz związek jest okupiony niestety miesiącami nie potrzebnego cierpienia. Chociaż może dzięki niemu jesteśmy dziś na tym etapie a nie innym. Nauczyliśmy się siebie kochać...
I znowu jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi...

Dalej wierzę w przyjaźń damsko-męską. Musi istnieć. Może po prostu my byliśmy sobie przeznaczeni?..
Teraz wiemy, jak ciężko jest walczyć o uczucie. Wiemy też jak ciężko jest też stworzyć udany związek.
Nas połączyła przyjaźń. Związek na przyjaźni jest inny. Kiedyś zaczynałam od seksualności, od pociągu... Przyjaźń przychodziła później.
Teraz zaczęłam od końca. Najpierw przyjaźń.
Czy czegoś żałuję? Nie. To co mam jest zbyt piękne i cenne by to stracić.
Idealni nie jesteśmy. Ale każdego dnia, na nowo uczymy się siebie.
Jak na razie nieźle nam idzie...
Trzymajcie więc kciuki ;)